wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki
  • STRONA GŁÓWNA
  • CODZIENNOŚĆ
    • Radości
    • Refleksje
    • Organizacja
    • Chwila dla siebie
    • Z pamiętnika
  • KREATYWNIE
    • Opowiadania
    • Dom
    • Sztuka
  • POLONISTYKA
    • Pisanie
    • Książki
    • Studia polonistyczne
      i edytorstwo
  • OKOŁOPSYCHOLOGICZNE
  • POLECAM
  • O MNIE I BLOGU / KONTAKT
nowy wpis w każdy wtorek o 19:00


 

słonecznik akwarela

Biegłam kiedyś na autobus, jak zwykle spiesząc się do pracy. Nawet nie zauważyłam, kiedy potknęłam się o własne nogi i już szorowałam kolanami po betonie. A wraz z kolanami - ręką, w której trzymałam telefon. Gdy już się otrząsnęłam i opanowałam płynącą krew pomieszaną z brudem kostki brukowej, zestresowana odwróciłam telefon, by zobaczyć, w jakim stanie jest jego ekran. Okazało się, że jest nie tylko mocno popękany (a miałam go od dość niedawna), ale też tak upadłam, że kompletnie przeszorowałam go w jednym z rogów i w efekcie kruszył się, odsłaniając swoje podzespoły. 

Widząc, że jest kiepsko, podświetliłam ekran, żeby dokładniej ocenić straty. Ukazała mi się tapeta, którą miałam na ekranie blokady, a na niej duży napis wśród kolorowych kwiatów: "Rejoice always" - czyli jeden z moich ulubionych fragmentów z Pisma Świętego. Do dziś mam w głowie ten groteskowy obraz całkowicie połamanego ekranu i przezierającego spod szkła przypomnienia: "Zawsze się radujcie". No właśnie. ZAWSZE się radujcie. 

W moim odczuciu nie chodzi tu o jakąś wesołkowatość czy o to, żeby uśmiechać się, gdy dzieje nam się coś złego, z czym sobie nie radzimy - mamy prawo wtedy płakać, czuć smutek, złość, rozczarowanie czy inne trudne emocje. Chodzi o postawę serca, które jest wdzięczne, o pogodę ducha pomagającą w trudnościach, o otwartość i zgodę na to, co jest. W dalszej części tego fragmentu z Listu do Tesaloniczan św. Paweł pisze między innymi: "W każdym położeniu dziękujcie" i "ducha nie gaście". Lubię przypominać sobie o tym, gdy zwyczajnie siada mi nastrój. Wraca wtedy do mnie poczucie, że ode mnie też wiele zależy i że nie mam wpływu na zdarzenia losowe, ale mam wpływ na moje podejście do nich i nastawienie.

Jednym z moich życiowych starań jest bycie pogodnym człowiekiem. Widzę w tym dużą wartość, przede wszystkim dla siebie, ale też dla osób z mojego otoczenia. Bardzo lubię dni, w których w najzwyklejszych miejscach na świecie spotykam ludzi oddanych swojej pracy, wykonywanym zajęciom w 100%, z radością, z poczuciem misji - z poczuciem, że robią coś dobrego. Pan z pobliskiego warzywniaka, który widząc mnie, od razu z uśmiechem na ustach pakował mi bułki, zanim jeszcze o nie poprosiłam - bo pamiętał, że często po nie przychodzę - potrafił mi poprawić humor na cały dzień. Ja też chciałabym być taką osobą dla innych. Żyć swoją codziennością tak, aby ona dodawała innym otuchy. I żebym ja sama odnajdywała głęboki sens w tej mojej codzienności.

Jest taki gość w mediach spolecznościowych, Pozytywny Kurier. Nie wiem, czym zajmuje się teraz i jakie treści obecnie proponuje, bo nie śledzę go od jakiegoś czasu, ale kiedyś uwielbiałam oglądać jego filmiki na TikToku. Chłopak, jak sama nazwa jego profilu wskazuje, był po prostu kurierem i rozwoził paczki - umówmy się, nie jest to praca ratująca ludzkie życie (choć bywa, że przyjazd kuriera w porę wiele ratuje ;)), ale on potrafił w tej pracy zobaczyć coś więcej. Dzwonił do ludzi i zapowiadał swój przyjazd albo jakimś fajnym żartem, albo zabawną rozmową, z pełnym uśmiechem i genialnym nastawieniem. Ludzie po drugiej stronie słuchawki cieszyli się nie tylko tym, że przyjdzie do nich paczka, ale też - może przede wszystkim - tą rozmową pełną optymizmu i radości. Gość po prostu poprawiał im humor, pewnie na cały dzień. A robił przecież tak prostą rzecz. Obserwowanie w mediach społecznościowych jego poczynań, z których biło pozytywne, wdzięczne nastawienie, i mnie nastrajało podobnie. Zaczął prosto, od swojego własnego otoczenia, od "własnego ogródka" (tu odsyłam do mojego wpisu Mój własny ogród, który porusza podobne tematy), a obecnie poprawia humor tysiącom obserwujących go. Radość serca przyciąga. 

Nie trzeba robić rzeczy wielkich, żeby móc robić rzeczy dobre. Od mojej pracy nie zależy niczyje życie, a jednak chciałabym, żeby moja wdzięczność za życie, za dany dzień, za moją pracę, miała odzwierciedlenie w tym, co robię. Nawet, jeżeli bez tych moich działań świat dalej by się kręcił. Gdy się raduję, kogoś dzień może być lepszy. Mój może być lepszy. Łatwiej będzie mi też przyjąć trudności. Jestem żoną, współprowadzę dom, pracuję - to wystarczająco wiele odpowiedzialnych sfer, do których mogę wprowadzać ciepło, dobro i prostą radość.

"Zawsze się radujcie" - niełatwe, ale skoro ktoś mądry tak napisał, to chyba jest to do zrobienia?

Ściskam
Kasia L.


chata nad stawami na polanie, akwarela

Tym wpisem chciałabym przekonać nieprzekonanych o tym, jak wiele zalet ma wcześniejsze wstawanie - choćby o pół godziny. Jak zapewne domyślacie się z nazwy bloga, uwielbiam poranki, jednak sama do tej pory nie potrafiłam zmotywować się do wstawania inaczej niż "na styk", żeby tylko szybko coś zjeść (śniadań nigdy nie pomijam, to mój ulubiony posiłek!), ogarnąć się i wybiec do pracy. Zwłaszcza, że pracę zaczynam i tak już dość wcześnie.

Było to jednak jedno z moich marzeń - mieć spokojny poranek, zanim zacznie się bieganina i obowiązki, móc w spokoju wypić kawę i nastroić się dobrze na dzień. Zrobić z rana coś, na co nigdy nie starcza sił i czasu popołudniu czy wieczorem. Podejmowałam wiele prób, z różnym skutkiem. Ostatecznie do pracy nad porankiem zmotywowała mnie książka "Fenomen poranka" Hala Elroda.

Hal to amerykański mówca motywacyjny. Zupełnie nie moje klimaty, nie przepadam za stylem pisania i mówienia trenerów osobistych. Elrod opracował jednak technikę, która mnie zaciekawiła, a którą nazwał Miracle Morning, co przetłumaczono właśnie na "fenomen poranka". Postanowiłam przeczytać jego książkę i sprawdzić, czy z tego pomysłu ugram coś dla siebie.

Tak jak przypuszczałam, książka napisana jest w iście "coachowym" stylu, co mnie niekoniecznie odpowiada, ale dla innych może być zaletą. Ponadto nie wszystkie praktyki tam opisane są w zgodzie ze mną. Nie podoba mi się przede wszystkim parcie autora na bycie we wszystkim "10 na 10" jako główny cel życiowy. Niemniej, "Fenomen poranka" rzeczywiście pomógł mi zmotywować się do wcześniejszego wstawania, a niektóre myśli i pomysły zawarte w książce spisałam i powoli wdrażam. Moim zdaniem mocną stroną tej pozycji jest jej część praktyczna.

Autor najpierw daje nam wskazówki, jak to zrobić, żeby w ogóle wstać wcześniej. Proponuje kilka prostych kroków, a pierwszym z nich jest dobre nastawienie się już wieczorem dnia poprzedniego. Jeżeli ostatnie nasze myśli przed snem to "zostało mi tylko X godzin snu, nie wyśpię się...", to prawdopodobnie naszą pierwszą myślą po obudzeniu będzie "o rany, znowu się nie wyspałam/em". Dlatego pogodne nastawienie przed snem pomaga obudzić się z równie pogodnym nastawieniem rano.

Kolejne kroki to automat, który należy zacząć wykonywać, zanim zaczniemy się zastanawiać, czy nie warto włączyć drzemki lub wrócić do łóżka, jeśli już wstaliśmy:

wstać od razu po wyłączeniu budzika (jeżeli wieczorem zasypialiśmy z myślą, że się wyśpimy i jesteśmy ciekawi, co przyniesie poranek, to prawdopodobnie nie budzimy się z myślą, że nie damy rady) ⇨ umyć twarz i zęby ⇨ zająć miejsce, które nie kojarzy się ze spaniem i wypić szklankę wody ⇨ przystąpić do praktyki

Praktyka Miracle Morning ma za zadanie stworzyć przestrzeń do wykonania rzeczy, których nie udawało nam się zrobić o innej porze dnia - pisania książki, prowadzenia dziennika, ćwiczenia, jedzenia wartościowego śniadania, uczenia się nowego języka, przeczytania w końcu książki, która leży na półce. To czas na samorozwój, którego brakuje w ciągu dnia wypełnionego innymi obowiązkami. Efektem wykonywania praktyki jest z kolei dobre nastawienie na cały dzień, to znaczy polepszenie nastroju, zwiększenie motywacji, skupienia i satysfakcja z tego, że już z samego rana udało się zrobić coś, co zazwyczaj się odkładało.

Elrod proponuje schemat S.A.V.E.R.S., którego każda litera odpowiada poszczególnym częściom porannego rytuału:

S (silence) - cisza
A
(affirmations) - afirmacje
V
(visualisation) - wizualizacja
E
(exercise) - ćwiczenia
R (reading) - czytanie
S (scribing) - pisanie

Jestem w trakcie wypracowywania mojej porannej rutyny. Porady dotyczące wstawania bardzo mi pomogły i zdziwiłam się, że tak łatwo było mi zrezygnować z drzemek, które wcześniej notorycznie praktykowałam. Sam schemat proponowany przez Hala jednak dość mocno przekształciłam - tak, by odpowiadał moim oczekiwaniom.

Swój poranek rozpoczynam od modlitwy. Siadam w moim ulubionym fotelu, który mamy w salonie, ustawionym naprzeciwko okna balkonowego. Dzięki temu mogę patrzeć na świat, wykonując pierwsze kilka czynności. Biorę szklankę wody i czytam Pismo Święte - to jedna z rzeczy, na które obiecywałam sobie, że będę robić regularnie, ale wieczorem zawsze brakowało mi sił. Zaznaczam, czasem coś notuję. Po modlitwie przechodzę do treningu uważności. Staram się chociaż przez parę minut pooddychać świadomie i starać się być tu i teraz - ciągle się tego uczę, pomagają mi ćwiczenia prowadzone przez lektora, np. z aplikacji Mindy (polecałam Wam ją w poście: Przydatne apki na telefon). Czasem wypisuję sobie w notesie parę myśli czy afirmacji, ale nie zawsze - tę część traktuję raczej na luzie, idę za swoją potrzebą (i czasem, którym danego poranka dysponuję, bo raz zdarza mi się wstać pół godziny szybciej, a raz tylko 15 minut).

Potem staram się chwilkę porozciągać i zrobić trochę pajacyków, żeby jakkolwiek przyzwyczaić się do porannych ćwiczeń. Docelowo chciałabym tutaj znaleźć miejsce na kolejną rzecz, którą odkładałam - ćwiczenie kręgosłupa. Na razie jeszcze nie jestem w stanie wyrobić w sobie tego nawyku, ale powoli nad tym pracuję.

Ćwiczenia zajmują mi parę minut, a gdy już skończę, idę przygotować śniadanie. I to kolejna czynność, którą zaniedbywałam - śniadanie jadłam zawsze, bo nie wyobrażam sobie bez niego wyjść z domu, ale jego różnorodność, cóż, pozostawiała wiele do życzenia. Teraz coraz lepiej dbam o to, żeby to, co jem rano, było bardziej zróżnicowane i miało w sobie sporo białka. Dzięki temu dłużej jestem najedzona i ogólnie mam więcej energii. Aha, do tego oczywiście obowiązkowo kawka!

Do śniadania zazwyczaj czytam - tutaj znów łączę dwie praktyki, żeby zaoszczędzić czas. Zdarza mi się też robić inne rzeczy, np. przeglądać Internet czy szykować już rzeczy, w które się ubiorę albo przygotowywać w tzw. międzyczasie jedzenie do pracy. Dalsza część poranka przebiega już klasycznie: ogarniam się, przebieram, maluję, pakuję i wychodzę.

To wszystko brzmi, jakbym była mistrzem organizacji i trenerem osobistym w jednym, ale w rzeczywistości tego typu poranek jest naprawdę prosty i przede wszystkim - na czym mi zależało - przebiega w spokojnym, łagodnym tempie.

Nie wiem też, jak długo moje poranki będą wyglądać tak jak po przeczytaniu "Fenomenu poranka". Nie spinam się o to wewnętrznie. Tak długo, jak to mi służy, postaram się utrzymać taki rytm. Jeżeli sytuacja się zmieni, będę swoją rutynę dopasowywać na nowo. W każdym razie polecam uczynienie swojego wczesnego ranka pięknym!

Ściskam
Kasia L.


dom jednorodzinny z jabłonią, akwarela

Zacznijmy od razu, bez wstępu. Bo czemu nie! Przedstawiam Wam 5 moich małych i dużych marzeń. 

ozdobna linia roślinna, akwarela

1. Tworzyć ciepły i bezpieczny dom

Tak było w moim domu rodzinnym - ktokolwiek ze znajomych mnie odwiedzał, zawsze mówił, że czuje się tam dobrze, bezpiecznie, że czuć takie ciepło. Byłam z tego bardzo dumna (i wdzięczna rodzicom!). Dzisiaj, mając od prawie 3 lat własny dom, bardzo z mężem staramy się o to, by on też był dostępny, zapraszający, ciepły i taki nasz. To marzenie się spełnia! Jeszcze wiele przed nami, ale wspaniale jest być w realizacji marzenia o domu <3 Dom jest w ogóle tematem, który bardzo mnie porusza i jest niezwykle ważny, dlatego na pewno powstanie o nim jeszcze osobny wpis.

2. Ogród na balkonie

Na początek podświadomie wybrałam chyba te marzenia, które już się spełniają ;) W zeszłym roku kupiliśmy leżaki, co było genialnym pomysłem - nie ma nic piękniejszego w ciepłe wieczory, jak rozłożyć się na własnym balkonie i chłonąć odgłosy miasta. Nie ma nic piękniejszego dla osób mieszkających w mieście, oczywiście. W tym roku udało nam się odremontować balkon i na wiosnę mogliśmy już siać pierwsze kwiaty. Co prawda popełniamy jeszcze sporo błędów w tym temacie (np. część naszych kwiatów usycha z nadmiaru słońca, bo źle dobraliśmy je pod kątem warunków, jakie lubią), ale idzie nam coraz lepiej, balkon wygląda coraz piękniej, a my nabieramy doświadczenia w ogrodnictwie. To mi daje dużo satysfakcji i jest takim kolejnym małym hobby w moim życiu. W przyszłych latach bardzo bym chciała, żeby nasz balkon był oazą zieleni i żebyśmy mogli zbierać też z niego jeszcze więcej plonów - pomidorki, truskawki, zioła. 

3. Trip rowerowy dookoła Polski

Zmieścić cały swój wakacyjny dobytek w jednym plecaku, wskoczyć na rower i jechać wzdłuż granic kraju, śpiąc w schroniskach i jedząc w lokalnych knajpkach - takie mi się marzą wakacje. Zobaczyć Polskę od innej strony. Jest to marzenie średnio realne jak na moje życie, bo wymaga: 1) doskonałej kondycji; 2) duuużo urlopu, ale ostatnio wpadliśmy z mężem na pomysł zrobienia jakiejś pomorskiej trasy - to też byłoby super!

4. Napisać książkę

O tym marzeniu wspomniałam ostatnio na moim Instagramie @wczesnymrankiem. Pisałam tam, że od zawsze jest to taki mój mityczny cel, ale właściwie niewiele zrobiłam, żeby go zrealizować. A właściwie czemu by nie zacząć teraz? Im więcej piszę, tym więcej mam ochotę pisać. Stąd wpadłam na pomysł stworzenia na początek e-booka. Jako etap w drodze do celu, jakim jest książka papierowa. Czy podtrzymam ten pomysł, tego nie wiem (na razie myśl we mnie dojrzewa), ale wiem na pewno, że chciałabym w swoim życiu mieć na koncie książkę, której jestem autorką.

5. Zamieszkać na kilka miesięcy w innym mieście

Gdy byłam na studiach, zdarzało się, że pytali mnie, czy nie chcę jechać na jakiegoś Erasmusa. Mnie za to nigdy nie ciągnęło do mieszkania za granicą, nie wyobrażam sobie żyć gdzieś indziej niż w Polsce. Za to przez to, że studiowałam w rodzinnym mieście, nie miałam okazji się przeprowadzać. Ciągnie mnie czasem do zaznania życia w mieście innym niż Gdańsk, tak na kilka miesięcy. Wiecie, inne sklepy, inne miejsca do spacerowania, inni ludzie, inne zwyczaje. Najchętniej zamieszkałabym w jakiejś mniejszej miejscowości, na przykład w Toruniu. Uwielbiam klimat mniejszych miast i czuję, że bym się tam odnalazła. Czy to marzenie się spełni? Nie zanosi się, ale też nie jestem do niego jakoś bardzo przywiązana. Piszę tu o nim bardziej w kategorii ciekawostki. Ale kto wie, co przyniesie życie :)

ozdobna linia roślinna, akwarela

A jakie są Wasze marzenia? Chętnie poczytam :)

Ściskam
Kasia L.




bukiecik konwalii z liśćmi, akwarela

Masz lat sześć, pełna niepokoju, ale i ekscytacji, udajesz się do szkoły podstawowej, tak zwanej "zerówki", by rozpocząć obowiązek szkolny, nauczyć się liczyć i czytać, a także - może przede wszystkim - po raz pierwszy opuścić na dłużej dom, żeby poznać nowych ludzi. 

Ku Twojej wielkiej radości, od razu zaprzyjaźniasz się z jedną z dziewczynek. Już kilka dni później godzinami bawicie się razem na podwórku, a także odwiedzacie w domach. Spędzacie razem czas każdego dnia. Ale któregoś z nich kłócicie się na dobre i Wasze drogi się rozchodzą.

Wtedy otwierasz się na inne osoby z klasy i tak Twoje losy splatają się z Marysią - dziewczynką, która doszła do grupy zerówkowiczów nieco później. Nie masz jeszcze pojęcia, jak ważną osobą stanie się w Twoim życiu i że za dwie dekady, mając swoje domy, swoje prace, różne pasje, nadal będziecie aktywnie uczestniczyć w swoich życiach, a Wasza więź będzie się zmieniać wraz z wiekiem, ale pozostanie silna i trwała. Pozostanie przyjaźnią na całe życie.

ozdobna linia roślinna, akwarela

Brzmi jak fanfic "Dzieci z Bullerbyn" lub "Ani z Zielonego Wzgórza"? Otóż ta historia wydarzyła się naprawdę, a ja mam szczęście być jedną z jej głównych bohaterek :) Wspominałam już zresztą tutaj na blogu o mojej przyjaciółce od serca - mówiąc słowami Ani Shirley.

Moja przyjaźń z Marysią trwa już 21 lat, pamiętam może z 3 lata mojego życia bez niej - i właściwie coraz trudniej mi sobie przypomnieć, jak to było "przed". Przez ten czas przeszłyśmy naprawdę wiele, w tym mnóstwo dużych życiowych przemian. Siedziałyśmy w jednej ławce przez całą podstawówkę i gimnazjum, a potem wspólnie zdecydowałyśmy, że pójdziemy do dwóch różnych liceów. To był jeden z pierwszych kroków milowych naszej przyjaźni i jednocześnie test, który zdałyśmy na szóstkę. Później przychodziły kolejne, a my towarzyszyłyśmy sobie i byłyśmy blisko, mimo że na co dzień przebywałyśmy w innych środowiskach - siłą rzeczy, każda miała swoje studia, później pracę, obowiązki. Jednym z kolejnych dużych przeskoków były nasze śluby, zakładanie rodziny, własnych domów. I tak jak napisałam wyżej - nasza relacja się zmienia, byłoby zresztą niezdrowe, gdyby pozostawała taka sama. Dojrzewa, modyfikuje się, ale pozostaje więzią, jak wierzę, na całe życie.

Ale dobra, bo Was zagaduję, a do tego wpisu zainspirował mnie przecież wiersz napisany przez M., i to jej chciałabym oddać głos:

"Wspomnienie"
Maria Wojszwiłło  
 
Dwie dziewczynki
z lasów oliwskich
zbierają konwalie
            jaki los każdej przypadnie?  
 
Wokół nich listki
zielone kosmyki
na młodziutkiej głowie
            kto im miłość wieczną przepowie?  
 
Budzi się wiosna
w ich sercach radosna
rodzi się tajemnica
            uchylonego przed nimi życia. 
 
Czyste spojrzenia
świeżego istnienia
milczą złączone
            jaką dla siebie wybiorą drogę?  
 
Przyjaźń utkana
z prostego trwania
raz bliżej, raz dalej
            pod drzewem małe postacie siostrzane.  
 
Splecione ich losy
splecione ich dłonie
splecione ich włosy
splecione ich skronie.  
 
Miłość Odwieczna
zieleni im listki
dwóm dziewczynkom 
z lasów oliwskich.


Poza wartością sentymentalną, ten wiersz ma dla mnie w sobie niesamowite napięcie. Wisi nad dwoma małymi dziewczynkami, które cieszą się z tu i teraz i pewnie nie zastanawiają za bardzo nad przyszłością. To napięcie nie jest jednak negatywne - jest połączeniem ekscytacji i niepewności, co przyniesie jutro. Widzę też w emocjonalności tego wiersza dużą pogodę ducha i nadzieję. I to zakończenie, które mówi o fundamencie każdej relacji - piękne i prawdziwe!

ozdobna linia roślinna, akwarela

Wpis nosi tytuł "Przyjaźń. Instrukcja obsługi". Macie więc prawo zapytać, jaki w takim razie mam przepis na przyjaźń? Choć myślę, że nie zdziwi Was, że nie mam żadnego przepisu. Jak każdemu człowiekowi, zdarzało mi się być dobrą przyjaciółką, ale i - może równie często - beznadziejną. Pisząc te słowa, tak sobie myślę, że gdybym miała udzielić jakiejś rady, jak rozwijać przyjaźń, to powiedziałabym, że w naszym przypadku sprawdza się po prostu: kochać i chcieć. To chyba recepta na każdą bliską relację. Bo kochać to akceptować siebie dokładnie takimi, jakimi jesteśmy (a to przecież przez lata ulega zmianom), przebaczać, wierzyć w dobre intencje drugiej osoby. A chcieć to być zaangażowanym niezależnie od sytuacji. Wychodzić z inicjatywą, ale też przyjmować inicjatywę. Być, na ile się w danym czasie da. Nie mamy teraz aż tyle czasu, co dawniej, więc nie zawsze możemy się spotkać, ale nawet jeżeli nie ma możliwości być ze sobą na żywo, to regularnie piszemy i jesteśmy ze swoimi życiami na bieżąco. A spotykamy się też w różnych okolicznościach - Marysi zdarza się na przykład odwiedzić mnie w pracy, a mnie wpaść do niej przed popołudniową zmianą na wspólne śniadanie. To jest właśnie to "chcieć" - czasem można wiele, czasem jedynie niewiele, ale chodzi o pragnienie serca. 

Maryś, czy potwierdzisz moje słowa? :)

Ściskam i życzę wspaniałych relacji
Kasia L.

drzewo z pierwszymi pąkami, akwarela

Mimo porannego przymrozka słońce zaczyna ogrzewać Twoją spragnioną witaminy D twarz, a drobne, kruche kwiatki śmiało przebijają się przez zmarzniętą jeszcze glebę... Widzisz szron na suchej trawie, a słyszysz ćwierkające ptaszki. Zimno dalej jest zimne, ale nie wydaje się już takie mroźne. W powietrzu czuć coś innego niż dotychczas. Wyciągasz z szafy lżejszą kurtkę, nie mogąc doczekać się zrzucenia ciężkich zimowych warstw... Te przełomy, paradoksy, kontrasty i obietnice to znak, że idzie wiosna!

Wiem, wiem, w marcu jak w garncu, a kwiecień plecień, potem jeszcze majowi trzej ogrodnicy i zimna Zośka. Ale mamy prawo czuć już nadzieję odradzającego się życia! We mnie odradza się optymizm już od pierwszych cieplejszych promieni słonecznych. A co jest najlepsze w przedwiośniu? Że dzień wyraźnie się wydłuża! Czy Ty też tak nie lubisz ciągnących się w nieskończoność zimowych wieczorów, które zaczynają się o 15? Na mnie to działa iście przygnębiająco. Oczywiście, zima ma w sobie wiele piękna, bardzo ją lubię, ale wiosna... Wiosna jest czymś wyjątkowym, jakąś taką obietnicą.

Kiedyś wymyśliłam sobie, że ślub będę mieć w maju. Tak się nie stało (miałam go we wrześniu, równie pięknym miesiącu na przełomie pór roku), ale maj pozostaje jednym z moich najulubieńszych miesięcy. Wiosna mnie bardzo inspiruje: do czytania, do pisania, do malowania. Na pewno tutaj zobaczysz niejeden wiosenny obrazek, mam zamiar garściami czerpać z tych inspiracji i stworzyć mnóstwo klimatycznych, optymistycznych akwarel.

Czy ten wpis jest w ogóle o czymś konkretnym? Chyba nie... Ale rodząca się we mnie i w świecie wiosna dała mi impuls do podzielenia się tą radością. Myślę sobie, że czasem to wystarczy za temat. Że nie wszystko musi być wzniosłe i bardzo konkretne. W końcu ten blog jest głównie o prostych radościach codzienności. A wiosna jest niewątpliwie jedną z nich!

Jaką porę roku lubisz najbardziej?

Ściskam wiosennie
Kasia L.

bochenek chleba na serwetkach, akwarela

Czy da się znaleźć małe cuda w codzienności, która bywa rutyną, aż nazbyt dobrze znajomą? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza w czasach, w których z różnych społeczno-politycznych powodów codzienność wydaje nam się niesprawiedliwa, szara (a nawet czarna), szczególnie ważnym jest dla mnie dostrzeżenie tego, jak wiele mam. Każdy dzień jest darem, każdy posiłek - wyjątkową okazją. Dziś trochę o celebrowaniu zwyczajności.

Jest coś klimatycznego w pieczeniu chleba. Jak mawia mój tata, który pewnego dnia po prostu postanowił, że nauczy się robić chleb na zakwasie: ludziom wydaje się, że jest jakaś magiczna receptura, którą zna jedynie piekarz. A tymczasem wypiek chleba może być dla każdego!

Co prawda tajemnic zakwasu jeszcze nie opracowałam (to bardziej skomplikowana technologia), choć tacie i szwagrowi taki chleb wychodzi rewelacyjnie, ale śmiało mogę pochwalić się, że potrafię przygotować chleb, z którego powstaną pyszne kanapki do pracy, dodatek do zupy czy grzanki. I zajmuje to 5 minut! A to dzięki przepisowi, który poleciła mi koleżanka, za co jej serdecznie dziękuję. Ale o samym przepisie później.

Wypiek chleba kojarzy mi się miło z troską o ciepło domowe i podstawowe potrzeby rodziny. Przywodzi na myśl naturalność, prostotę, zdrowie... Gdybym miała opisać codzienność jednym słowem, być może byłoby nim właśnie słowo "chleb". Sprezentowanie komuś własnego chleba wydaje mi się wyrazem bliskości i chęci podzielenia się ciepłem domowym, zaproszenia do tej przestrzeni.

Pieczenie chleba ma też wymiar stricte praktyczny - przy dobrej organizacji zajmuje naprawdę niewiele czasu (najdłużej trwa czekanie, ale w tym czasie można przecież robić coś innego), a jest często tańsze, pewniejsze (wiemy, co dokładnie znajduje się w tym, co jemy na co dzień), zdrowsze (można użyć tylko pełnoziarnistych mąk, dodać przeróżnych ziaren itp.) i pomocne, gdy w sklepach zostały już tylko resztki lub piekarnie są zamknięte. 

Mam w sobie dużo z tradycjonalistki, dążącej do prostoty i budowania relacji wokół domu. Pragnienie powrotu do natury, do slow life'u... Pieczenie chleba jest dla mnie jednym z elementów, który wprowadza choć odrobinę tego do mojej codzienności. A gdy już będę miała wystarczająco przestrzeni w sobie, to uśmiechnę się do taty i szwagra, żeby przekazali mi umiejętność wyrobu chleba na zakwasie - to dopiero będzie radość codzienności pełnej spokoju. 

Cóż mogę dodać, zachęcam serdecznie do domowego wypieku chleba! Przepis, którym podzieliła się ze mną koleżanka, pochodzi z bloga Domowa Krawcowa i można znaleźć go tutaj: Przepis na chleb Domowej Krawcowej. Dodanie i połączenie wszystkich składników trwa u mnie ok. 5 minut, następnie należy przykryć chleb ściereczką i poczekać godzinę na wyrośnięcie, a na koniec piec przez 45 minut. I gotowe! Żal nie podzielić się tym patentem "perfekcyjnej pani/pana domu", stąd ten wpis :)

Jaki jest Twój sposób na kawałek natury w domu? 

Ściskam
Kasia L.






Starsze posty Strona główna

O MNIE


Kasia Lewandowska

Polonistka pracująca jako bibliotekarz
i redaktor, spełniająca się też w roli pisarki.
Szczęśliwa żona ucząca się kochać życie
i wypełniać sensem każdy dzień.

Więcej o mnie: Szerzej o mnie i blogu

A na co dzień udzielam się tu: instagram.com/wczesnymrankiem

Zapraszam!


(fot. Justyna Szyszka / bezflesza)

LUBIANE WPISY

  • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
  • Wspieraj się jesienią
  • Podsumowanie 2025 i plany na 2026
  • Nadchodzi jesień i uczę się ją kochać - 10 zalet
  • To już rok, odkąd prowadzę wczesnymrankiem!

INSTAGRAM

instagram @wczesnymrankiem

ARCHIWUM

  • ▼  2026 (1)
    • ▼  stycznia (1)
      • Podsumowanie 2025 i plany na 2026
  • ►  2025 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2023 (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2022 (34)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2021 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (2)

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Miło mi!
Dzięki, że jesteś i czytasz :)

Copyright © wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki. Designed & Developed by OddThemes