Z pamiętnika #2: 7 września 2019 roku

pola uprawne, zielona trawa, drzewa i słoneczny dzień, akwarela

Tego dnia wstałam, przypuszczam, koło 7. To była zwyczajna sobota, a w moim życiu o godzinie 15:00 miało się zmienić tak wiele i tak niewiele jednocześnie. Czekałam na ten moment długo, wiedziałam, że to moja droga. Czy się bałam? Z tego, co pamiętam, to trochę tak - mniej więcej jak przed każdą ważną decyzją. Tyle że to miała być jedyna decyzja nieodwołalna.

O dziwo, nie stresowałam się w ogóle. W nocy spałam bardzo dobrze. Rano jadłyśmy z moją siostrą i przyjaciółką kanapki z Nutellą. Uwielbiam to wspomnienie :) Na zmianę szłyśmy do fryzjera, który był obok mojego domu, a w międzyczasie w domu malowała nas makijażystka. Chodziłam po tak dobrze znanych mi kątach domu rodzinnego w pięknej fryzurze i makijażu, z welonem wpiętym we włosy i w rozciągniętej, codziennej bluzce. Parzyłam kawę fotografom. Zwykłe życie. Jednocześnie tego dnia miałam się wyprowadzić, zacząć budować swój dom. 

7 września 2019 roku już zawsze będzie dla mnie dniem, w którym zrobiłam coś szalonego. I podjęłam najlepszą decyzję mojego życia, świętując to niesamowitą zabawą w gronie bliskich mnie i mojemu mężowi. A przede wszystkim z nim. Pamiętam, jak bardzo czekałam na zwykłą codzienność z nim jako moim mężem - chyba nawet bardziej niż na sam dzień ślubu! Choć ten wspominam wspaniale, bo dla nas był najważniejszym momentem, przypieczętowaniem decyzji, a przede wszystkim - sakramentem.

Wyobrażając sobie dzień ślubu myślałam, że nie będę w stanie wymówić słów przysięgi, tak bardzo będę płakać ze wzruszenia albo tak bardzo będzie trząsł mi się głos, ale nic takiego się nie zdarzyło. Owszem, płakałam na błogosławieństwie rodziców, bo to był dla mnie moment, od którego zaczynam zakładać własną rodzinę. Całemu dniu towarzyszył jednak spokój ducha i pewność, przewyższający emocje wynikające z chwili. Taki był też moment składania przysięgi. To wspomnienie zostanie ze mną na całe życie - że mogłam w tamtym momencie zaprosić ukochanego człowieka do mojego życia najbardziej osobistego, a Boga do tej mojej najważniejszej ziemskiej relacji.

Drogi pamiętniczku, wiem, że mój opis tego dnia brzmi dość patetycznie. Ale co zrobić, skoro takie właśnie w mojej głowie trochę jest? Wzniosłe i zwyczajne jednocześnie. Jak życie. Ale przede wszystkim proste i piękne, chociaż trudne - jak miłość.

No nic, zejdźmy trochę z tonów i powiedzmy parę słów o tym, co działo się potem tego 7 września, czyli ooo... weselu, rzecz jasna! A była to najlepsza impreza, na jakiej byłam. Ładna sala, dobre jedzonko (którego zjadłam znacznie więcej, niż mi wszyscy małżonkowie opowiadali, że zjem!) i wodzirej, który stanął na wysokości zadania, zapewniając nie tylko dobrą, komfortową i wolną od żenady zabawę, ale także spokój ducha nam jako - w pewnym sensie - gospodarzom wydarzenia. Polonez, swingowy pierwszy taniec i byliśmy w swoim żywiole! 

Cieszę się z tego dnia bardzo, z tego że tak wiele mam wyjątkowych wspomnień, ale tak wiele też tych zupełnie zwyczajnych, i z tego, że uwiecznili to świetni, utalentowani fotografowie! Na zdjęciach z naszego ślubu widać dużo emocji i dużo radości, a ja tak właśnie wspominam ten dzień.

Dzięki, Mężu, że tworzymy razem codzienność ❤️

Ściskam
Kasia L.

1 comments

  1. My ślubowaliśmy 27 września, również o godz. 15:00, w małej kapliczce akademickiej, co było najcudowniejsze. My nie mieliśmy wesela (jako takiego), tylko tzw. uroczysty obiad, który i tak trwał bodajże do godz. 21 lub 22. U nas grał zespół kolegi (sami swoi ;)) i udało nam się zarówno pośpiewać, jak i potańczyć. Podobnie jak Ty miło wspominam ten dzień. :)
    Pozdrawiam ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń