wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki
  • STRONA GŁÓWNA
  • CODZIENNOŚĆ
    • Radości
    • Refleksje
    • Organizacja
    • Chwila dla siebie
    • Z pamiętnika
  • KREATYWNIE
    • Opowiadania
    • Dom
    • Sztuka
  • POLONISTYKA
    • Pisanie
    • Książki
    • Studia polonistyczne
      i edytorstwo
  • OKOŁOPSYCHOLOGICZNE
  • POLECAM
  • O MNIE I BLOGU / KONTAKT
nowy wpis w każdy wtorek o 19:00


 

dwa kieliszki szampana na kolorowym tle, akwarela

Na początek pierwszego wpisu w 2026 roku krótka informacja: od dawna nie namalowałam żadnej akwareli (co mam nadzieję w tym roku zmienić), a nie chciałabym, żeby to wstrzymywało mnie przed pisaniem, więc będzie się zdarzać - jak i w przypadku tego wpisu - że użyję ilustracji, które już wcześniej zamieszczałam. Mówią, że zrobione jest lepsze od doskonałego. Idąc trochę wbrew sobie za tą myślą, działam mimo to.

ozdobna linia roślinna, akwarela

Jak przystało na naczelną planistkę, i w tym roku chciałabym podzielić się z Wami moimi planami na kolejny rok ;) Ale zanim to - cofnę się do mojego wpisu z początku obecnego roku (o tego: 2024 -> 2025) i spróbuję podsumować krótko, jak w praktyce wyglądała realizacja zamierzonych na ten rok planów, a także co on mi przyniósł.

Co się wydarzyło?

☑ w styczniu skończyłam 30 lat!

☑ szybko poczułam przeskok w cyfrze z przodu - w marcu przez problemy z plecami wylądowałam na SOR-ze; pierwszy raz jechałam karetką 

☑ wtedy też, po roku i siedmiu miesiącach, zakończyłam karmienie piersią - to bardzo ważny dla mnie moment, zakończenie pewnego etapu, dłuższego niż zakładałam, i wielka duma z siebie i synka - chylę czoło przed nami 

☑ w kwietniu mój synek postawił pierwsze samodzielne, bardzo wyczekane przez nas, kroczki!

☑ maj rozpoczęliśmy kilkudniowym pobytem w Elblągu; mój synek na dobre przekonał się do chodzenia

☑ w maju też wróciłam do pracy po niemal dwuletniej przerwie - i zaskoczyło mnie to, jak wiele czasu i energii zajmie mi dostosowanie się do nowego trybu życia; halo, nikt mi nie powiedział, że będąc rodzicem małego dziecka, gdy jest się z nim w domu, ma się wyrzuty sumienia, że nie dba się o pracę i finanse rodzinne, a gdy jest się w pracy, ma się wyrzuty sumienia, że nie poświęca się wystarczająco dużo czasu swojemu dziecku

☑ w lipcu odwiedziliśmy moją siostrę, szwagra i siostrzeńca - w 2025 roku byliśmy u nich to tylko raz, mam nadzieję, że w 2026 uda się nam częściej!

☑ we wrześniu obchodziliśmy z mężem szóstą rocznicę ślubu - tym razem chyba nawet bez jakiejś celebracji, ale po prostu razem w codzienności; każda nasza kolejna rocznica tylko upewnia mnie w tym, jak cudną podjęliśmy decyzję

☑ i nasz synek skończył DWA LATKA! Z jednej strony to był trudny, przez co dłużący się czas (okres niemowlęcy, jakkolwiek niesamowicie uroczy, zdecydowanie nie należy do moich ulubionych), a z drugiej - minął najszybciej na świecie - mrugnęłam, i moje dziecko już jest dużym chłopcem - jak???

☑ w październiku po raz pierwszy skorzystałam z konsultacji u dietetyka i zaczęłam więcej myśleć o swoim jedzeniu, układać sobie w głowie plan 

☑ przeżyłam swój najlepszy mentalnie listopad od wielu lat

☑ w końcu realnie zaczęłam czuć, że zdrowieję, a to dało mi jeszcze więcej nadziei

☑ w grudniu spędziłam cudowny tydzień z rodziną, sycąc się wspólnymi chwilami i ładując baterie

 

Co planowałam i jak to wyszło?

✦ zadbanie o dobre jedzenie - nie mogę powiedzieć, że to się udało; pod koniec roku poczułam się na siłach podjąć jakąkolwiek próbę, ale na razie więcej o tym myślę niż realnie wykonuję

✦ regularność w zgrywaniu zdjęć oraz tworzenie albumów - ech, to od zawsze jest moja pięta achillesowa - i w tym roku nią niestety pozostała

✦ powrót do pisania i malowania - do malowania nie wróciłam, ale do pisania się udało!

✦ pilates/zdrowy kręgosłup - nie zapisałam się na żadne zajęcia, ale ćwiczenie w domu szło mi lepiej niż wcześniej

✦ przeczytać przynajmniej 12 książek - stan na dzisiaj to 10 przeczytanych książek, co uważam na niezły wynik, jak na intensywność tego roku; no i jako bonus mam na koncie jakieś tysiąc pięćset przeczytanych książeczek dziecięcych ;)

✦ kontynuować odgracanie - ponownie odgraciłam moje ubrania, obecnie mam ich zadowalającą liczbę; ponownie zrewidowałam też książki i dokumenty; wiele jest jeszcze do zrobienia

 ozdobna linia roślinna, akwarela

PLANY I CELE NA 2026 ROK

Co nas czeka?

✦ rozglądanie się za większym mieszkaniem

✦ szukanie super przedszkola dla synka

 

Moje cele: 

✦ zadbać o odpowiedni poziom ferrytyny i żelaza - żeby zredukować zmęczenie

✦ wyrobić sobie nawyk regularnego ruchu, zwłaszcza ćwiczeń wzmacniających - choćby kilka minut dziennie!  

✦ przygotowywać samodzielnie więcej posiłków, nawet prostych

✦ opublikować przynajmniej 12 wpisów na blogu

✦ spróbować rozkręcić nieco Instagram i zobaczyć, jak się w nim odnajduje (mocno siedzi we mnie chęć robienia minivlogów, postów z krótkimi tekstami, gadanych stories itp.) 

✦ dbać o moje zdrowie psychiczne przynajmniej tak dobrze, jak do tej pory - być może w tym roku uda się na dobre pożegnać depresję?

✦ kontynuować odgracanie

✦ no i te albumy... - tak bardzo chcę je zrobić!

ozdobna linia roślinna, akwarela

Moje postanowienia z początku tego roku zostały wykonane bardzo połowicznie, ale hej, coś ruszyło do przodu - to najważniejsze! To był dobry, intensywny rok. A przede wszystkim taki, w którym pojawiło się dużo nadziei.

Planów jest jak zawsze sporo, ale ja to po prostu lubię. Nie mam też jakiejś wielkiej presji, żeby wszystko wykonać. Lubię zarysować sobie obszary, które chciałabym pielęgnować, to pomaga mi mieć bardziej ukierunkowane działanie, skupiać się nie na wszystkim na raz, a na wyszczególnionych kilku kwestiach. Na pewno ważna będzie systematyczność, której mi brakuje - nawet małe kroki do przodu, robione regularnie, to już będzie bardzo dużo.  

Z podekscytowaniem czekam na ten rok i na to, co przyniesie. W końcu nie mam wielkich życiowych zmian, a jedynie codzienność do "ogarnięcia". Ciekawe, czy właśnie tak ten rok podsumuję.

Ściskam
Kasia L. 

 

bukiet fioletowych goździków, akwarela

Marzy mi się obojętność. W takim dobrym znaczeniu, jako umiejętność dostosowania się do różnych, często sprzecznych sytuacji. Marzy mi się obojętność na uwagę innych - nieuzależniająca radość, gdy ją dostanę i niewymuszone pogodzenie się, gdy jej brakuje. Chciałabym, żeby ta obojętność wypływała z pogodzonej ze sobą samą mnie, z tak naturalnie ugruntowanej świadomości swojej wartości, że nie potrzeba by budować zależności od innych w sposób uzależniający. Takiego dobrego zachwytu nad sobą, że mogłabym z innymi być po prostu, a nie oczekująco. Obym kiedyś mogła powiedzieć, jak klasyk: "Nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem".

Tak napisałam na swoim prywatnym Instagramie w maju cztery lata temu. I uważam to za mój najpiękniejszy i najbardziej szczery tekst w moim ówczesnym epizodzie pisania tam. Dziś dalej podpisuję się pod tymi słowami, choć wydaje mi się, że jestem coraz bliżej tej pozytywnej obojętności. 

Uczę się kochać siebie. Uczę się nie zależeć od innych emocjonalnie. Uczę się tego, że moja wartość nie jest czymś podlegającym ocenie czy rosnącym lub malejącym. Jest stała. Jestem wartością, bo jestem - po prostu. Uczę się pozostawać w kontakcie ze sobą i nie szukać potwierdzenia w oczach innych, ale w swoim wnętrzu. Oczywiście, potrzebuję ludzi, potrzebuję moich bliskich i chcę tworzyć z nimi głębokie relacje, ale chcę też budować głęboką relację ze sobą. Wszyscy od siebie w pewnym stopniu zależymy - to piękne i potrzebne. Ale wiecie, o co chodzi w tym "wyzwoleniu". Tak właściwie to myślę sobie, że nie wyzwalam się od oceny innych, tylko właśnie od mojego postrzegania, które mnie niewoli. Od mojego podejścia, że znaczę coś wtedy, kiedy znaczę w oczach innych.

Jest coś interesownego w szukaniu swojej wartości w drugim człowieku. Bo czy wtedy czegoś od niego nie oczekuję? Czy nasza relacja nie opiera się na grze w wyrażanie i odbieranie akceptacji? Chcę być z innymi po prostu z miłości, a nie z potrzeby uzupełniania mojego wewnętrznego braku. Ten brak jest mój i ja jestem za niego odpowiedzialna. Uważam, że jest w każdym z nas takie niezapełnione miejsce, które woła o coś wyżej, więcej. I to jest dla mnie przestrzeń, której nie zapełni człowiek, choćby nie wiem jak był ukochany. Bo to nie jego rola.

Moje zachowanie w stosunku do innych jest coraz mniej wyuczone, a coraz bardziej naturalne - podoba mi się to i jest to dla mnie fair. Bardzo chciałabym dojść do tego rodzaju obojętności, która spowoduje, że będzie we mnie przeświadczenie "ja jestem OK i Ty jesteś OK". Że ucieszę się, że ktoś mnie pochwali, pewnie trochę zasmucę, gdy mnie zgani, ale nie zaważy to na moim poczuciu wartości. Że gdy ktoś mnie nie zauważy, zapomni mojego imienia, będzie wolał rozmawiać z kimś innym - to będzie OK. Gdy powie, jak bardzo mnie lubi, będzie szukał kontaktu ze mną, pochwali za coś - to też będzie po prostu OK.

Tak sobie myślę, że to element przyjmowania i kochania życia, siebie i drugiego człowieka takim, jakim jest. 

Ściskam
Kasia L.

planner z kwiatami, akwarela

Planowanie, organizacja i zarządzanie czasem jest niewątpliwie jednym z moich zainteresowań. Nie zawsze wychodzi mi to na dobre - mam tendencję do stawiania sobie wygórowanych standardów, jestem też optymistką czasową (zawsze wydaje mi się, że znajdę czas), a do tego perfekcjonistką, która ma wyrzuty sumienia, gdy góra zaplanowanych zadań podpowiedzianych przez dwie pierwsze cechy nie zostanie w pełni zrealizowana.

Niemniej, robienie list i zastanawianie się nad porządkiem swojego dnia ma mnóstwo plusów i może nieść za sobą wiele korzyści, jeśli jest robione z głową i przede wszystkim dopasowane do sytuacji życiowej, aktualnych możliwości i potrzeb. Nie ma więc co porównywać kalendarzy z mistrzami organizacji z Internetu czy przyjmować każdej rady dotyczącej planowania. Każdy musi znaleźć swój własny system.

Ja swój nadal odkrywam, mimo wielu lat poszukiwań i wielu różnych prób. Obecnie coraz częściej dochodzę do wniosku, że "mniej znaczy więcej" i "zrobione jest lepsze od doskonałego". Oraz że nie wszystko musi być zaplanowane, i nie wszystko co do minuty.

Chciałabym się z Wami podzielić pomysłem (wynikającym z połączenia różnych zasłyszanych metod) na podstawową organizację dnia. Wykonanie tych paru kroków pozwoli na stworzenie bazy dla swojej codzienności, która z kolei poprawi organizację, a jednocześnie pozostawi przestrzeń na spontaniczność i elastyczność - bo nie wszystko dzieje się tak, jak to zaplanujemy lub jak tego byśmy chcieli. 

Zanim jednak przejdziemy do rzeczy, nie mogę się oprzeć, żeby nie podkreślić, że nie trzeba mieć nad wszystkim kontroli, a wręcz przeciwnie - czasem (dla własnego zdrowia psychicznego) warto ją puścić. I że poprzeczka nie musi być wysoko. Ma być tam, gdzie dasz radę. Życie to nie wyścig, zostawmy sobie czas na jego  p r z e ż y w a n i e, tak po prostu. Na końcu wpisu znajdziesz więc bonus w postaci paru sposobów na przeżywanie.


Podstawowe uporządkowanie dnia

 

KROK 1: Ułóż ramowy plan dnia

Przygotuj tabelkę z dniami tygodnia i godzinami. Następnie wpisz w nią wszystkie cykliczne obowiązki (np. praca 8:00-16:00 poniedziałek-piątek, basen środy 17:00, lekcje gry na gitarze soboty 15:00 itp.). Możesz też użyć kolorów i zamalować kwadraty czasowe, by zwizualizować, ile czasu zajmują Ci dane czynności i ile czasu każdego dnia zostaje do rozdysponowania. 

Następnie proponuję dwie drogi: albo zostawić sobie ten egzemplarz jako "wzór" tygodnia, a w kalendarzu/planerze/zeszycie, w którym dni są datowane, mając na uwadze ten ramowy plan, uzupełnij zaplanowane spotkania, wizyty lekarskie itp. - wszystko to, co jest jednorazowe, ale przypada na konkretną godzinę. Drugą opcją jest powielenie ramowego planu na ksero lub rozpisanie go od razu na kalendarzu datowanym, żeby całość mieć w jednym miejscu. 

Warto też poszukać kalendarza (lub zrobić samemu), który będzie odpowiadał Twoim potrzebom. U mnie najlepiej sprawdza się taki, gdzie na rozkładówce z jednej strony są wszystkie dni tygodnia ułożone w poziomie (tam zapisuję sprawy wyznaczone na dany dzień), a druga strona jest wolna (tutaj robię listy zadań do zrobienia w tym tygodniu, notatki, przypomnienia itp.).

KROK 2: Znajdź filary

Praca pracą, obowiązki obowiązkami, ale co najmniej równie ważne jest życie prywatne i czas wolny. To też warto włączyć do planów! Oczywiście na luzie, nie musimy zapisywać, że danego dnia od 18:00 do 20:00 mamy czas dla rodziny. Chodzi o to, by lista zadań pilnych (która nigdy się nie zmniejsza) nie przesłoniła nam tego, co po prostu mamy ochotę robić.

Wypisz na kartce wszystkie "filary" swojego życia - tematy, którym chcesz poświęcać czas oraz to, co warto robić dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Przede wszystkim należy uwzględnić wielką trójkę: jedzenie, aktywność fizyczną i sen. Zadbaj o to, żeby mieć wystarczająco dużo czasu na sen, przygotowanie odpowiednich posiłków i poruszanie się każdego dnia. Innymi filarami mogą być na przykład: pasja (blogowanie, filmowanie, taniec, fotografia, szydełkowanie...), terapia i czas na budowanie zdrowia psychicznego, duchowość i przestrzeń na jej rozwijanie, książki, filmy.

Gdy już wypiszesz wszystkie filary (sprawy, których nie chciałbyś/chciałabyś pomijać w codzienności), możesz przyporządkować je do danych dni lub mieć listę zawsze w zasięgu ręki i odhaczać, gdy poświęciłaś/eś danej czynności czas. W ten sposób będziesz też wiedzieć, jak często zajmujesz się sprawami niezwiązanymi z pracą czy obowiązkami domowymi. 

KROK 3: Wykonaj jedną rzecz dziennie z listy odkładanych

Natrafiłam ostatnio w Internecie na coś takiego jak "scary hour", czyli "straszna godzina". Nazwa nie jest zbyt ciekawa, ale sama idea mnie zainspirowała. Polega na nastawieniu minutnika na godzinę i robieniu w tym czasie rzeczy, które z różnych powodów odkładało się na później - wywieszenie prania, wykonanie telefonów, odpisanie osobom, które się zaniedbało, uporządkowanie dokumentów itd.

Umówmy się, większość z nas nie ma godziny dziennie (a  nawet godziny w tygodniu) do wygospodarowania na takie rzeczy, a nawet jeśli, to kto lubi się tak długo męczyć. Dlatego, adaptując to do swoich możliwości, pomyślałam, że dobrym pomysłem jest spisywanie tych spraw męczących gdzieś w jednym miejscu i codziennie wykonywanie jednej. Tym samym nauczymy się nie odkładać za długo niewygodnych zadań, zostaną one wykonane, a jednocześnie nie będą nam ciążyć wszystkie razem jednocześnie. Telefon do lekarza to 5 minut, odpisanie na maile może 10. Wiecie, małymi kroczkami i bez presji do przodu.

KROK 4: Resztę czasu pozostaw wolną

Mam nadzieję, że po wykonaniu powyższych kroków zostało Ci jeszcze trochę pustego miejsca :) Im więcej, tym lepiej! Ta sfera niezaplanowana, tak zwany czas wolny, nie jest tak naprawdę czasem wolnym - czyli takim, który można zapchać kolejnymi obowiązkami czy samymi spotkaniami. Niezaplanowany czas daje przestrzeń na:

  • elastyczność przy jednoczesnym uporządkowaniu (na ten czas można np. przełożyć spotkania, które nie odbyły się w danym terminie, wykonać coś, czego nie udało się zrobić itp.);

  • zwyczajny oddech od planów i obowiązków, od rytmu dnia;

  • relacje rodzinne, przyjacielskie;

  • czas dla siebie;

  • cokolwiek innego - ogranicza Cię tylko wyobraźnia.

KROK 5 - BONUS (Wykonaj w razie lęku / dużego zmęczenia / potrzeby dnia bez planu)

Gdy czujesz lęk, że rzeczywistość wymyka Ci się z rąk albo gdy dzień za dniem mija, nawet nie wiesz kiedy; że wszystko dzieje się jakoś szybko i automatycznie; lub po prostu budzisz się i nie masz sił zupełnie na nic - to wystarczający sygnał, by zwolnić. Jak to zrobić? 

  • Trening uważności

  • Trening oddechowy

  • Spacer

  • Rozmowa

  • Pisanie (strumień świadomości)

  • Położenie się i nierobienie niczego

  • Zrezygnowanie z planu, który wydawało Ci się, że MUSISZ zrealizować

Pamiętaj, że to plan ma służyć Tobie, a nie Ty jemu. Ma pomóc oddzielić jasno sferę zawodową od prywatnej, czas odpoczynku na kanapie z Netflixem od czasu na hobby, pielęgnowanie relacji z bliskimi od pielęgnowania relacji z samym sobą itp. Uporządkowanie ma na celu TYLKO wyznaczenie jakiejś drogi, aby się nie pogubić i jednocześnie móc wykorzystywać swoje talenty, rzetelnie wykonywać pracę i dbać o odpoczynek. Jednym słowem - ma wspomóc Cię w byciu sobą. Każdy plan można zmienić, dopasować na nowo - nawet co tydzień czy codziennie. Powyżej przedstawiłam jedynie propozycję, dopasowaną do moich potrzeb i taką, którą w danym momencie uważam za sensowną. Mam nadzieję, że się przyda!

WAŻNE: Jeżeli tak jak ja masz problem z nadorganizacją, tzn. spisujesz mnóstwo list, a w myślach i tak dalej kotłują Ci się tysiące zadań - nie daj im wejść sobie na głowę. Spisz podstawy, resztę olej. Tak po prostu. Niech to nie zdominuje Ciebie. 

Jeżeli masz jakieś sprawdzone sposoby na organizację, daj proszę znać w komentarzu, jestem bardzo ciekawa!

Ściskam
Kasia L.

drzewo z pierwszymi pąkami, akwarela

Mimo porannego przymrozka słońce zaczyna ogrzewać Twoją spragnioną witaminy D twarz, a drobne, kruche kwiatki śmiało przebijają się przez zmarzniętą jeszcze glebę... Widzisz szron na suchej trawie, a słyszysz ćwierkające ptaszki. Zimno dalej jest zimne, ale nie wydaje się już takie mroźne. W powietrzu czuć coś innego niż dotychczas. Wyciągasz z szafy lżejszą kurtkę, nie mogąc doczekać się zrzucenia ciężkich zimowych warstw... Te przełomy, paradoksy, kontrasty i obietnice to znak, że idzie wiosna!

Wiem, wiem, w marcu jak w garncu, a kwiecień plecień, potem jeszcze majowi trzej ogrodnicy i zimna Zośka. Ale mamy prawo czuć już nadzieję odradzającego się życia! We mnie odradza się optymizm już od pierwszych cieplejszych promieni słonecznych. A co jest najlepsze w przedwiośniu? Że dzień wyraźnie się wydłuża! Czy Ty też tak nie lubisz ciągnących się w nieskończoność zimowych wieczorów, które zaczynają się o 15? Na mnie to działa iście przygnębiająco. Oczywiście, zima ma w sobie wiele piękna, bardzo ją lubię, ale wiosna... Wiosna jest czymś wyjątkowym, jakąś taką obietnicą.

Kiedyś wymyśliłam sobie, że ślub będę mieć w maju. Tak się nie stało (miałam go we wrześniu, równie pięknym miesiącu na przełomie pór roku), ale maj pozostaje jednym z moich najulubieńszych miesięcy. Wiosna mnie bardzo inspiruje: do czytania, do pisania, do malowania. Na pewno tutaj zobaczysz niejeden wiosenny obrazek, mam zamiar garściami czerpać z tych inspiracji i stworzyć mnóstwo klimatycznych, optymistycznych akwarel.

Czy ten wpis jest w ogóle o czymś konkretnym? Chyba nie... Ale rodząca się we mnie i w świecie wiosna dała mi impuls do podzielenia się tą radością. Myślę sobie, że czasem to wystarczy za temat. Że nie wszystko musi być wzniosłe i bardzo konkretne. W końcu ten blog jest głównie o prostych radościach codzienności. A wiosna jest niewątpliwie jedną z nich!

Jaką porę roku lubisz najbardziej?

Ściskam wiosennie
Kasia L.

pnącza żółto-pomarańczowych kwiatów, akwarela


Czyli co miłego mogę dziś zrobić dla siebie?


Ostatnimi czasy wpada mi do głowy całkiem sporo niekonwencjonalnych pomysłów na zadbanie o siebie. Nabieram przekonania, że liczą się drobnostki, liczy się codzienność. Stąd pomysł na opisanie pięciu niestandardowych pomysłów, którymi (mniejszym lub większym nakładem pieniężnym i czasowym) można samemu sobie okazać miłość, łagodność i troskę.

1. Masaż z Groupona

To najdroższa z propozycji, ale też najbardziej wyjątkowa. Zaoszczędzić pieniądze, zaplanować parę godzin tylko dla siebie, zarezerwować termin, pozwolić komuś pomóc Ci w zrelaksowaniu się - cała ta otoczka sprawia, że poczujesz, że robisz dla siebie coś wyjątkowego. 

Ostatnio z okazji 2. rocznicy ślubu zafundowaliśmy sobie z mężem taki właśnie prezent. To nie był tylko masaż - całość stała się dla nas swego rodzaju wydarzeniem, bo przy okazji zjedliśmy coś na mieście, wspólnie zaplanowaliśmy ten czas i na pewno będziemy go wspominać.

Polecam Groupon, bo można tam znaleźć pakiety w całkiem przystępnych cenach (na pewno korzystniejszych niż te kupowane bezpośrednio od hotelu/spa).

2. Poranny/wieczorny spacer i kawa z automatu

Na to wpadłam zupełnie spontanicznie. Od jakiegoś czasu staram się codziennie chodzić na spacery (o czym pisałam a propos noworocznych postanowień w tym poście: Stary rok, stara ja - nowy rok, nowa ja) i wyrabiać mniej więcej 8-10 tys. kroków dziennie. A że w weekendy nieco ciężej mi te kroki "nabić", to pewnej niedzieli rano postanowiłam wybrać się nad morze. 

Już samo to dało mi poczucie zadbania o siebie i zdrowej rutyny. A potem zobaczyłam automat do kawy. I zapragnęłam usiąść na plaży z gorącą kawą, obserwując innych spacerowiczów i spokojne tamtego dnia morze. Wróciłam naładowana i z myślą, że zrobiłam dla siebie coś miłego. Że zmotywowałam się do czegoś innego niż książka czy serial (choć i to oczywiście jest super). A to przecież taki drobiazg!

3. Dzień wolny bez powodu

To również jedna z moich "świeższych" praktyk. Kiedyś uważałam, że 20/26 dni urlopu to tak mało i oszczędzałam go, ile się da. Później i tak często nie udawało mi się go wybierać w większych partiach, bo to w wielu firmach bywa dość problematyczne - potrzebne jest dłuższe zastępstwo itp. Zresztą zawsze ciężko mi było walczyć o swoje potrzeby.

Teraz przyjęłam inny system, który sprawdza się świetnie. Wiadomo, nadal biorę dłuższe wolne na wakacje, ale oprócz tego pozwalam sobie na wybranie pojedynczych dni w zupełnie przypadkowych terminach. Nie wtedy, kiedy muszę coś załatwić i nie po to, żeby iść do lekarza, ale tak po prostu, żeby zostać w domu, odwiedzić kogoś, zrobić sobie dzień lenia czy też coś, na co nigdy nie mam czasu. Nazywam to prezentem "od siebie dla siebie".

Taki dzień jest wspaniałym oddechem w miesiącu czy paru miesiącach ciężkiej pracy. A jako że większość rodziny i znajomych w tym czasie pracuje, to pozwala mi złapać chwilę dla samej siebie. Polecam każdemu! W końcu po to jest urlop wypoczynkowy - żeby wypocząć. Zdaję sobie sprawę, że dotyczy to pracy etatowej, ale wydaje mi się, że w każdym położeniu da się wyrwać taki dzień "od siebie dla siebie".

4. Domowe SPA

Może to być kąpiel z pianą, peeling i maseczka na twarz, nowy manicure, nawilżenie stóp, olejowanie włosów, albo wszystko to na raz. Najlepiej, by było to coś, czego nie robisz na co dzień. A jak do tego dojdzie ulubiony napój, świeca zapachowa, przygaszone światła i miła muzyka lub fajny serial, to już w ogóle pełnia relaksu.

Ten pomysł jest o tyle praktyczny, że można go zrealizować: 1) w domu; 2) mając dowolną ilość czasu; 3) niskobudżetowo (można użyć nawet produktów, które mamy w kuchni). 

5. Randka ze sobą, czyli coś ciepłego i spisanie myśli

Dla mnie pomysł najtrudniejszy w realizacji, ale zawsze przynoszący dużo wytchnienia, wyluzowania napięcia i nagromadzonych emocji. Wymaga zaparzenia dobrej herbaty czy kawy, wzięcia kocyka i czegoś do pisania. A następnie zostania samemu ze sobą i swoimi myślami. Co przyniósł dzień? Czego się teraz boję? Co w tym momencie czuję? Co sprawia mi radość? Można zadać sobie naprawdę wiele pytań albo po prostu przelewać na papier bieżące myśli. 

Trudno mi zmotywować się do bycia ze sobą w ten sposób, bo często boję się skonfrontować z moimi obawami czy lękami. Ale też zwyczajnie nie chce mi się rozkminiać. A to czasem błąd. Gdy czuję, że zgromadziłam w sobie dużo trudnych emocji, to spisując, co czuję, dlaczego to czuję i czy mogę sobie na to pozwolić (staram się wykształcić w sobie zezwolenie na emocje), wiele z tych emocji ulatuje, uspokaja się, a ja sama mam się lepiej. I nie tłamszę w sobie niewygodnych rzeczy. 

To poświęcenie sobie prawdziwej uwagi, wysłuchanie siebie, jest dla mnie ważne. Zachęcam do spróbowania, może i Wam ta metoda przypadnie do gustu.

ozdobna linia roślinna, akwarela

A dlaczego selfcare "w duchu zdrowego rozsądku"? Bo bardzo lubię tematykę dbania o siebie, robienia dla siebie czegoś miłego, ale z drugiej strony mam wrażenie, że w social mediach selfcare jest swego rodzaju nurtem, który zmierza w kierunku "umiesz liczyć? Licz na siebie" i "twoje potrzeby są ważniejsze". Ja uczę się znajdować balans między dbaniem o siebie i dbaniem o drugiego człowieka. Dlatego nie chciałabym się w ten nurt wpisywać, bo zwyczajnie tak nie uważam (o czym zresztą pisałam już w kontekście wolności: Wolność a stawianie granic). 

W każdym razie do robienia czegoś miłego dla siebie zawsze będę zachęcać i sama praktykować :) Chcę być dla siebie wyrozumiała i dobra, zwyczajnie. Sposoby, które opisałam, mi w tym pomagają. Ale szukam też kolejnych!

Dlatego zachęcam do podzielenia się swoimi patentami na selfcare w komentarzu, z wielką chęcią wypróbuję.

Ściskam
Kasia L.

bochenek chleba na serwetkach, akwarela

Czy da się znaleźć małe cuda w codzienności, która bywa rutyną, aż nazbyt dobrze znajomą? Oczywiście, że tak! Zwłaszcza w czasach, w których z różnych społeczno-politycznych powodów codzienność wydaje nam się niesprawiedliwa, szara (a nawet czarna), szczególnie ważnym jest dla mnie dostrzeżenie tego, jak wiele mam. Każdy dzień jest darem, każdy posiłek - wyjątkową okazją. Dziś trochę o celebrowaniu zwyczajności.

Jest coś klimatycznego w pieczeniu chleba. Jak mawia mój tata, który pewnego dnia po prostu postanowił, że nauczy się robić chleb na zakwasie: ludziom wydaje się, że jest jakaś magiczna receptura, którą zna jedynie piekarz. A tymczasem wypiek chleba może być dla każdego!

Co prawda tajemnic zakwasu jeszcze nie opracowałam (to bardziej skomplikowana technologia), choć tacie i szwagrowi taki chleb wychodzi rewelacyjnie, ale śmiało mogę pochwalić się, że potrafię przygotować chleb, z którego powstaną pyszne kanapki do pracy, dodatek do zupy czy grzanki. I zajmuje to 5 minut! A to dzięki przepisowi, który poleciła mi koleżanka, za co jej serdecznie dziękuję. Ale o samym przepisie później.

Wypiek chleba kojarzy mi się miło z troską o ciepło domowe i podstawowe potrzeby rodziny. Przywodzi na myśl naturalność, prostotę, zdrowie... Gdybym miała opisać codzienność jednym słowem, być może byłoby nim właśnie słowo "chleb". Sprezentowanie komuś własnego chleba wydaje mi się wyrazem bliskości i chęci podzielenia się ciepłem domowym, zaproszenia do tej przestrzeni.

Pieczenie chleba ma też wymiar stricte praktyczny - przy dobrej organizacji zajmuje naprawdę niewiele czasu (najdłużej trwa czekanie, ale w tym czasie można przecież robić coś innego), a jest często tańsze, pewniejsze (wiemy, co dokładnie znajduje się w tym, co jemy na co dzień), zdrowsze (można użyć tylko pełnoziarnistych mąk, dodać przeróżnych ziaren itp.) i pomocne, gdy w sklepach zostały już tylko resztki lub piekarnie są zamknięte. 

Mam w sobie dużo z tradycjonalistki, dążącej do prostoty i budowania relacji wokół domu. Pragnienie powrotu do natury, do slow life'u... Pieczenie chleba jest dla mnie jednym z elementów, który wprowadza choć odrobinę tego do mojej codzienności. A gdy już będę miała wystarczająco przestrzeni w sobie, to uśmiechnę się do taty i szwagra, żeby przekazali mi umiejętność wyrobu chleba na zakwasie - to dopiero będzie radość codzienności pełnej spokoju. 

Cóż mogę dodać, zachęcam serdecznie do domowego wypieku chleba! Przepis, którym podzieliła się ze mną koleżanka, pochodzi z bloga Domowa Krawcowa i można znaleźć go tutaj: Przepis na chleb Domowej Krawcowej. Dodanie i połączenie wszystkich składników trwa u mnie ok. 5 minut, następnie należy przykryć chleb ściereczką i poczekać godzinę na wyrośnięcie, a na koniec piec przez 45 minut. I gotowe! Żal nie podzielić się tym patentem "perfekcyjnej pani/pana domu", stąd ten wpis :)

Jaki jest Twój sposób na kawałek natury w domu? 

Ściskam
Kasia L.






 

akwarela, dziewczyna w sukience z kwiatami, zimowy krajobraz


Należę do tych osób, które bardzo lubią dzień swoich urodzin. Niektórzy pewnie powiedzieliby, że JESZCZE go lubię, bo jestem młoda i w ogóle. Mnie się wydaje, że zawsze ten dzień będzie dla mnie wyjątkowy, bo jest szczególną okazją do uzmysłowienia sobie, jak wiele pięknych lat do tej pory dane mi było przeżyć. Ile w tym czasie się wydarzyło! W dniu urodzin nie czuję się zalękniona, ale właśnie niesamowicie wdzięczna. 

Fakt faktem, 27. urodziny były dla mnie psychicznie trochę inne niż wcześniejsze. Ta liczba zrobiła już na mnie pewne wrażenie. Nie wiem, dlaczego akurat TA liczba, ale muszę przyznać, że chyba po raz pierwszy patrząc w lustro, widziałam dorosłą kobietę, a nie dziewczynkę, którą się zawsze czułam. Moja twarz była (jest) jakaś taka dojrzała. Moje życie takie dorosłe. Mąż, dom, praca... 

Gdy ludzie w dniu urodzin pytają mnie, jak się mam, pierwsze co przychodzi mi do głowy to to, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałabym być w tym wieku. Dzięki Bogu za to! Dostałam tak wiele! Staram się wykorzystywać to najlepiej, jak potrafię - tę normalność, codzienność, którą mam. Zdrowie, talenty, otoczenie bliskich, pasje, ale też różne moje niedociągnięcia. Chciałabym zawsze, myśląc o swoim życiu, umieć przede wszystkim dziękować.

Liczę na jeszcze wiele wspaniałych lat :) A tymczasem opowiem Wam, jak spędziłam ten urodzinowy czas. Bo jest to warte opowiedzenia! Mój kochany mąż przygotował mi 2 tygodnie świętowania. I nie, nie chodzi o nieustanną imprezę - chodzi o małe rzeczy, które mają znaczenie. 

Tydzień przed urodzinami wystrzelił petardę z confetti i złożył pierwsze życzenia, zapowiadając "okres urodzinowy". Potem każdego dnia rano witał mnie życzeniami, a po pracy dawał drobny upominek - balonik, czekoladę, chipsy, różności. W dniu urodzin, gdy mąż był w pracy, przyjaciele zrobili mi niespodziankę i przyszli na niezapowiedzianą kawkę. To było super, bo akurat siedziałam sama i nie miałam z kim dzielić radości mojego narodzenia ;) Po południu tenże sam niesamowity mąż wrócił do domu z wielkim zestawem sushi, choć nie przepadał (czas przeszły, bo ostatnio się do niego przekonał!) za tym jedzeniem, ale wie, jak ja je uwielbiam. Wieczór spędziliśmy spokojnie, w swoim towarzystwie, oglądając Netflixa i odpoczywając. Czyli tak, jak moja introwertyczna dusza lubi najbardziej.

Kolejnego dnia miałam okazję zrobić małą niespodziankę mojej najlepszej przyjaciółce, z którą mamy urodziny dzień po dniu! Wypiłyśmy razem kawę i poświętowałyśmy. Zaczął się też mój pourodzinowy tydzień - mąż dalej codziennie składał mi życzenia, przez co każdy dzień wydawał się wyjątkowy, a ja jeszcze bardziej mogłam docenić moje życie. Całość zakończyła impreza urodzinowo-parapetówkowa u przyjaciół, którzy przygotowali pyszne jedzenie i natrudzili się, by przyjąć nas jak najlepiej. To były zwykłe-niezwykłe wspaniałe urodziny!

Czemu to wszystko opisuję? Upamiętniając ten czas jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wielu wspaniałych ludzi mam wokół siebie, którzy kochają mnie zupełnie bezinteresownie i dokładnie taką, jaką jestem. Bardzo chcę tę miłość jak najlepiej odwzajemniać, ale też nieść ją w świat, w moją codzienność zawodową i wszelką inną. Takim napełnionym "dzbanuszkiem miłości" żal się nie dzielić!

Dlatego dzisiaj, już ponad dwa tygodnie po moich urodzinach, zostawiam tutaj tę opowieść i dziękuję Bogu za moje 27-letnie do tej pory życie i za wszystkich, którzy czynią je takim pięknym. 

Dziękuję, kochana Rodzinko, Przyjaciele, Znajomi, którzy to czytacie i wszyscy obserwujący te moje blogowe poczynania - za to, że jesteście!

Ściskam
Kasia L.



małe fioletowe kwiatki przebijające się przez śnieg, akwarela


Jeśli jest Ci teraz ciężko, być może potrzebujesz, żeby ktoś powiedział Ci, że będzie lepiej. Ja Ci to mówię.

    Będzie lepiej.

Nie wiem, czego doświadczasz, być może nawet, gdybyś mi opowiedział(a), nie potrafiłabym sobie tego wyobrazić. A może właśnie przeżywam to samo? Jedno jest pewne: wiele ludzi na świecie czuje się w tym momencie źle.

Możliwe, że nie widzisz wyjścia z danej sytuacji. Lub że musiałby stać się cud. Albo po prostu jest Ci smutno czy jesteś wkurzony. Spróbuj zamknąć oczy i przypomnieć sobie, ile małych cudów wydarzyło się w Twoim życiu do tej pory. Nie obiecuję, że stanie się coś wielkiego - bardzo możliwe, że nie. Ale uważność na małe rzeczy pomaga radzić sobie z dużymi. 

Kiedy czujesz, że to, z czym się zmagasz, przerasta Cię, nie bój się poprosić o pomoc - każdy czasem jej potrzebuje. Pójdź lub zadzwoń do kogoś bliskiego. Poszukaj specjalistów. Daj sobie pomóc znowu otrzymać nadzieję. 

Teraz jest źle. Tulę Cię w tym i jest mi przykro, że masz się kiepsko. Ty też się przytul. Jak to zrobić? Ja czuję, że się przytulam, gdy zatroszczę się o siebie: odpowiem na swój głód ciepłym posiłkiem mimo zabiegania, gdy czuję się przeciążona odsunę się od zamieszania i odpocznę, a czasem po prostu położę się i pozwolę, żeby moje myśli i emocje swobodnie przepływały, stopniowo mijając i wyciszając się. Tutaj polecam praktykę uważności - nawet minutka dziennie pomaga skupić się na jednej małej rzeczy, a to wiele daje w różnych aspektach codziennego życia.

Miałeś/aś kiedyś tak, że patrząc wstecz na swoje dotychczasowe życie, zdałaś/eś sobie sprawę z tego, że wszystkie te puzzle, które w danej - najczęściej trudnej - chwili wydawały się masą przypadkowych kawałków rozwalonych po całej podłodze, okazały się z perspektywy czasu tworzyć jeden spójny, sensowny obraz? Czasem jest tak, że sytuacja w danym momencie zdaje nam się bezsensowna, zbyt trudna lub bez wyjścia. Często okazuje się, że i ona potrafi przynieść jakieś dobro, a przynajmniej poprowadzić do pewnego sensu. Coś w stylu: Gdybym nie złamała wtedy nogi, nie poszłabym do szpitala, więc nie spotkałabym... i tak dalej.

Życie jest piękne, ważne. Nie pozwól, aby to przeświadczenie w Tobie zgasło. Jest trudne, czasem tragiczne, beznadziejne. Jest radosne, pełne ekscytacji. Jest zwyczajne. Nudne. Po prostu różne. Kiedy jesteś w stanie, którego nie lubisz, podejmuj działania (jeżeli możesz) albo daj sobie odpocząć. Pamiętaj:

    To też minie.

Jeśli nie czujesz się jeszcze na siłach odsłonić się przed kimś z tym, co Cię boli, może warto, żebyś chociaż spisał(a) to na kartkę, wypowiedziała na głos do siebie lub napisał(a) do kogoś list, którego nigdy nie wyślesz? Opcji jest wiele, a chodzi o ułożenie myśli i zwerbalizowanie, w czym tkwi problem. Zachęcam też do podzielenia się w komentarzu - czymkolwiek chcesz.

Ja chcę podzielić się z Tobą tym, że mam się dobrze. Od pewnego czasu i pierwszy raz od dawna mogę to powiedzieć i naprawdę tak sądzę. Jeszcze parę miesięcy temu bardzo chciałam poczuć się dobrze, ale zdałam sobie sprawę z tego, że zupełnie nie wiem, co to znaczy tak się czuć, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio było tak na 100%. Nie pamiętam emocji, wrażeń i przeżyć z tamtego czasu. Chciałam zapytać kogoś, kto się na tym zna, co to znaczy czuć się dobrze i kiedy będę mogła to powiedzieć. Dzisiaj już coraz bardziej wiem. A przyszło to dość nagle!

Kosztowało i nadal kosztuje mnie to wiele pracy własnej, wykazania pokory, żeby powiedzieć wielu osobom, że potrzebuję pomocy. Później kolejnej dawki pokory, żeby wdrożyć proponowane przez nich działanie lub przyjąć, że mnie akceptują. Że mogę odmówić, nie mieć na coś sił, chcieć inaczej. Wbrew pozorom nie jest łatwo przyjąć zrozumienie i bezwarunkową miłość. Zawsze chcesz się za nią jakoś odwdzięczyć, a nie zawsze masz jak. 

Jestem dzisiaj bardzo wdzięczna. Może stąd ten post. Z wiary, że będzie lepiej - u mnie i u Ciebie. Ale też nie pozwalałam w sobie tej wdzięczności gasić, gdy były czasy ciężkie i bardzo ciężkie. Jestem wdzięczna za życie takie, jakim ono było, jest i będzie. Jest piękne ze wszystkim, co zawiera. Jego sensem, celem nie jest dla mnie unikanie cierpienia. Dlatego nie chcę robić tego za wszelką cenę.

ozdobna linia, akwarela, listki

Usiadłam rano przy komputerze i ten post momentalnie sam napisał mi się w głowie. Najpierw chciałam to zignorować, bo wpis byłby jakiś taki krótki, mało konkretny, zajeżdżający coachingiem, a to nie ja... Ale później pomyślałam sobie, że to przecież prosto z serca, może komuś pomoże. A może kiedyś pomoże mnie samej?

Ściskam Cię, gdziekolwiek jesteś i jakkolwiek dziś się masz
Kasia L.

stajenka betlejemska, Maryja, Jezus i Józef, gwiazda betlejemska, Boże Narodzenie, akwarela

Jak nie być zmęczonym przy stole wigilijnym i cieszyć się Bożym Narodzeniem


O odpuszczaniu wiele nauczyła mnie ostatnio pewna osoba, która ćwiczyła ze mną rezygnowanie z obowiązków i oczekiwań, które nadmiernie na siebie nakładam. Gdy opowiadałam jej, ile mam do zrobienia i na ile spotkań się umówiłam, patrzyła na mnie z troską i zachęcała do niebrania na siebie zbyt wiele na raz. Gratulowała, gdy odwołałam spotkanie, przyznając tym, z którymi się umówiłam, że nie mam teraz sił. Nieraz robiłam to z ogromnym trudem, bijąc się z myślami i wyrzutami sumienia. Zawsze przynosiło mi to jednak więcej przestrzeni i spokoju, poczucie zadbania o moje podstawowe potrzeby, zauważenia samej siebie. Pomagało (i pomaga) być dla innych na 100% wtedy, kiedy się z nimi spotykam lub z większą radością realizować moje plany czy obowiązki. Wyobrażam sobie moje wnętrze jako dzban, który - gdy wyczerpię wszystkie siły - jest po prostu pusty. Nie mam wtedy z czego nalać nikomu innemu. Ale jeżeli odpuszczę raz czy dwa (choć czasem trzeba i piętnaście, żeby poczuć się lepiej), dzban się napełnia, bo dbam o siebie, kocham siebie. Wtedy mam zasoby, żeby miłością obdarzać też innych.

Uczę się być wyrozumiałą dla siebie, patrzeć na siebie z troską i budować tę świadomość, że jestem wystarczająco dobra. Moje 100% możliwości to te, które mam dzisiaj, nie ma jakiejś odgórnej wartości. Dziś stoma procentami może być jedno spotkanie czy wykonanie jednego zadania, a jutro pięciu. Codziennie są inne siły, inna sytuacja.

Jak to się ma do nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia? Bardzo prosto. Wszyscy znamy tę przedświąteczną bieganinę, odhaczanie kolejnych rzeczy z listy zadań, całe dnie w kuchni czy przy mopie, załamanie w centrum handlowym i takie tam... Czasem po prostu warto odpuścić, wyluzować się, żeby do stołu nie zasiąść zupełnie wyczerpanym - bo w takim razie po co te przygotowania, skoro nie mam siły na to, do czego się przygotowywałam?

Myślę, że warto zadać sobie w tym czasie pytanie: co jest dla mnie w tych świętach najważniejsze? A potem skupić się na tym jednym, pilnować, żeby tam ulokować najwięcej uwagi i sił. Bo pamiętaj, że jeżeli ze swojego wewnętrznego dzbana porozlewasz po trochu po wszystkich szklankach i szklaneczkach, to nie zostanie już nic, żeby nalać tam, gdzie najbardziej chcesz. 

Dla mnie Święta Bożego Narodzenia to spotkanie po długim oczekiwaniu. To radość z bycia w relacji, radość z bycia ocalonym, ukochanym. Najważniejsze spotkanie: z Jezusem. Ogromnie ważny dla mojego serca też czas spędzony z rodziną. Do tego piękne światełka, śnieg, choinka, dobre jedzenie. Uwielbiam po prostu chłonąć ten klimat i chłonąć to, co jest dla mnie sednem. 

Oczywiście, nie rzucę mopa i nie zrezygnuję z pieczenia ciast. W końcu to oczekiwanie na narodziny, a jak każde takie oczekiwanie - oprócz ekscytacji i miłości przepełnione jest także wszelkiego rodzaju przygotowaniami, żeby jak najlepiej wejść w tę nową sytuację. Ale na pewno zastanowię się, z jakich spraw mogę zrezygnować, co da mi więcej przestrzeni na te ważniejsze. Niech będzie ich 5, 3, może chociaż jedna. To już będzie jakiś krok ku odpuszczeniu.

Wyluzuj i odpuść. Bardzo polecam!

A oprócz tego życzę Wam wszystkiego pięknego na te Święta. Żebyście mogli spędzić ten czas tak, jak naprawdę tego pragniecie. Dziękuję, że jesteś!

Ściskam
Kasia L.

słońce przebijające się przez drzewa w lesie, akwarela

Pewnego razu zwierzałam się zaufanej osobie z tego, że stale wpadam w te same wady. Zazdrość, ciągłe narzekanie, plotkowanie, obmowy i gadanie bez sensu... Okropnie mnie to frustrowało, bo ja wcale nie chciałam tak żyć. To się działo jakby samo, nie mogłam się powstrzymać przed poddaniem się tym samym schematom. Opracowywałam sobie sposób walki z każdą z tych wad, ale było tego tak dużo, że za każdym razem kończyło się podobnie. Nie chciałam nikogo ranić swoimi nieprzemyślanymi słowami, nie chciałam chować w sobie zazdrości, gniewu czy malkontenctwa. Na tapecie w telefonie miałam ustawiony cytat z I Listu do Tesaloniczan (który do dzisiaj jest mi ogromnie bliski) Zawsze się radujcie.

Mój rozmówca wysłuchał mnie uważnie, a potem z wielką serdecznością i ciepłem powiedział: Kasiu, na to wszystko jest jedna wspólna metoda. Wdzięczność. Sama praktyka wdzięczności może nie jest zbyt odkrywcza, bo dość popularna przy obecnie panujących trendach journalingu, które zachęcają m.in. do wypisania każdego dnia 3 rzeczy, za które jest się wdzięcznym. Mnie w tamtej radzie ujęło to, że wdzięczność jest naprawdę balsamem na wiele różnych trudności. Że na te z pozoru niezwiązane ze sobą wady może pomóc jedna rada. Prosta, a zarazem taka trudna.

Nie prowadzę dziennika wdzięczności. Nie budzę się każdego dnia z uśmiechem na ustach, przeciągając się i wskakując z entuzjazmem w poranek. Dalej jest we mnie sporo zazdrości i porównywania się z innymi, nadal miewam ochotę na narzekanie i plotki. Dużo pracy jeszcze przede mną, żeby żyć tak, jak naprawdę bym chciała. Ale zaczęłam do swojego życia wprowadzać wdzięczność tak, jak tylko potrafię.

Idąc rano do pracy często zastanawiam się, co jest w mojej codzienności tak oczywiste, że zapomniałam, że to też jest darem. Kiedy ostatnio cieszyłam się ze zdrowych zmysłów, wszystkich pięciu? Z obu rąk i nóg? Z tego, że mam pracę? Że obudziłam się dziś w ciepłym łóżku i wypiłam gorącą kawę? Zamiast narzekać na popołudniową zmianę i późny powrót do domu, wolę docenić to, że mam cały poranek dla siebie i nie muszę się spieszyć jak co rano. Gdy przytłacza mnie liczba spotkań towarzyskich zaplanowanych w najbliższym czasie (a dlaczego tak miewam, o tym w moim poprzednim wpisie: Jestem introwertykiem), kierunkuję swoje serce na wdzięczność, że mam wokół siebie tyle bliskich osób, które chcą ze mną spędzić swój wolny czas. Każdy medal ma dwie strony.

Wdzięczność nie sprawi, że trudności znikną. Wdzięczność daje przeciwwagę tej stronie naszego umysłu, która podpowiada, że wszystko jest do kitu. Po prostu wnosi więcej radości do życia, pozwala spojrzeć inaczej, zachować pogodę ducha. Mnie bycie wdzięcznym pomaga w nieporównywaniu się z innymi i autentycznej radości z tego, ile dobra ich spotyka. 

Lubię też moment wieczorem, gdy siadam na pościelonym łóżku, przebrana w piżamę, gotowa do snu i próbuję przypomnieć sobie wszystkie dobre sytuacje, które mnie danego dnia spotkały. Dzięki temu zachowuję dłużej w pamięci miłe chwile, zwracam na nie większą uwagę (bo wiadomo, że w życiu jak to w newsach - najwięcej uwagi skupiają te złe). Zasypiam z lepszym nastawieniem i większą uważnością, z bardziej poukładanymi myślami. Właśnie, bo wdzięczność też pozwala być uważnym, to znaczy przestawić się z trybu działania na tryb bycia. Dodatkową korzyścią jest więc też odpoczynek ciała i umysłu.

Czy istnieje metoda na szczęście? Oczywiście, że nie. Każdy definiuje je inaczej. Bycie wdzięcznym to docenienie daru życia i zamiast gonitwy za tym, co ma przynieść mi abstrakcyjne poczucie satysfakcji, które wypala się, gdy tylko osiągnę kolejny cel - spełnianie marzeń z radością i spokojem, jednocześnie ciesząc się tym, co mam. Bo to już jest wystarczające.

Ściskam,
Kasia L.

okno z firankami, na parapecie kubek, książki, kocyk i poduszka; akwarela

Temat, który chcę poruszyć jest tak rozległy, a jednocześnie tak mi bliski, że nie bardzo wiem, jak go ugryźć. Zacznę więc może od ciekawostki. Nie tak dawno temu szukałam w jednym z popularnych słowników online synonimu do wyrazu introwertyk - na potrzeby jakiegoś tekstu. Takich wyników wyszukiwania się nie spodziewałam:

dzikus, niemowa, mruk, pesymista, odludek, narzekacz, skryty, mrukol, milczek, pokutnik, samotnik, mrukliwy, nierozmowny, mizantrop, małomówny, zgorzknialec, eremita, introwertyczny, borsukowaty, frustrat, pustelnik, osoba introwertyczna, neurotyczny, mumia, dzik, cichy, zamknięty w sobie, ponurak, smutas, zamknięty

Nie, to nie jest żart. Przerażona tymi "synonimami", od razu sprawdziłam, czy podobnie rzecz będzie się miała w przypadku ekstrawertyków. Okazało się, że jest zupełnie przeciwnie. 

aktywny, błyskotliwy, bystrzak, ekstrawertyczny, imprezowicz, optymista, osoba ekstrawertyczna, pomysłowy, towarzyski, żartowniś

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to profesjonalne słowniki, ale strony tego typu pozyskują treści zwykle od użytkowników, a następnie są weryfikowane. Rozumiem działanie takich portali na zasadzie działania Wikipedii (poprawcie mnie, jeżeli się mylę). Wyraźnie pokazuje to kierunek, w jakim podąża rozumienie introwertyzmu i ekstrawertyzmu w społeczeństwie. A to z kolei wpływa na samoocenę tej pierwszej grupy. Bo jeżeli mamy możliwość bycia postrzeganymi jako optymiści, towarzyscy, aktywni i błyskotliwi, to kto dobrowolnie przyznałby się do tego, że jest dzikusem, niemową, mrukiem i odludkiem? Na pewno nie ja.

Kawałek mojej historii

Odkąd pamiętam było tak: jako dziecko, a później nastolatka, nie rozumiałam, dlaczego taką trudność sprawia mi zabranie głosu na forum klasy czy skąd to zmęczenie po dłuższym spotkaniu towarzyskim. Właściwie nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego związku, że zmęczenie jest następstwem przebywania w dużej grupie itp. Dochodzące do tego takie cechy jak nieśmiałość, zamknięcie na okazywanie emocji z powodu lęku przed odrzuceniem sprawiały, że wstydziłam się siebie w relacjach społecznych. W pełni dobrze odnajdywałam się jedynie wśród najbliższej rodziny czy przyjaciół.

Miałam takie przeświadczenie, że coś jest ze mną nie tak. Dlaczego innym żyło się łatwiej? Dlaczego codzienne interakcje społeczne przychodziły im tak lekko? Moje cechy osobowości związane z introwertyzmem traktowałam jako jedno z nieśmiałością i bardzo znielubiłam wszystkie. Chciałam się ich pozbyć i zamienić w otwartą, wygadaną dziewczynę. Czy mi się to udało? I tak, i nie. Po wielu latach walki z nieśmiałością na różne sposoby mogę powiedzieć, że bardzo dużo się zmieniło w tej kwestii. 

Z jednej strony zmiana mi pomogła, bo ułatwiła codzienne funkcjonowanie - mniej już stresuję się przy wystąpieniach publicznych czy wykonywaniu telefonów, łatwiej mi postawić granice i powiedzieć o swoich potrzebach (podkreślam: "mniej" i "łatwiej" - bo stres z tym związany nie minął zupełnie i pewnie nigdy nie minie). Z drugiej strony trochę żałuję, bo walczyłam właściwie ze swoją naturą, nie akceptując jej, wbrew sobie. Dzisiaj nie mam już problemu z tym, że jestem introwertykiem, że niektórych rzeczy się wstydzę i że jestem jeszcze nieco nieśmiała. Wręcz przeciwnie: bardzo te cechy w sobie lubię! Uważam, że są ciekawe, wyjątkowe, a przede wszystkim są częścią składową tego, kim jestem. 

Właściwie do dziś odczuwam, że społecznie pożądane są cechy pro-życie-w-grupie, to znaczy otwartość, towarzyskość, kontaktowość, łatwość w wypowiadaniu się itp. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest. Gdy podzieliłam się tą opinią z pewną osobą, którą uważam za autorytet w tej tematyce, zapytała mnie: Kto i kiedy ci tak powiedział? Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Wydawało mi się, że nikt nigdy nie powiedział mi tego wprost.

Gdy teraz dłużej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że takie przeświadczenie mogło się we mnie zakorzenić przez różne sytuacje, w których poczułam się niekomfortowo ze względu na moją nieśmiałość, trudność w wyrażaniu emocji czy cechy introwertyczne. Takie sytuacje miały miejsce regularnie: na spotkaniach rodzinnych pytano mnie, czy się nudzę lub źle czuję, że nic nie mówię; w klasie osoby z "elity" nigdy mnie nie zauważały, a niektórzy nauczyciele nie pamiętali mojego imienia, mimo że uczyli mnie parę lat; nie potrafiłam dojść do głosu w rozmowie albo mnie przekrzykiwano; z odpowiedzi ustnych dostawałam niższe oceny, czasem słusznie, a czasem mimo bycia bardziej obkutą niż koledzy i koleżanki, którzy umieli dobrze zakręcić rozmową.

Myślę, że w wielu z tych sytuacji wystarczyłoby ze spokojem i pogodą ducha wyjaśnić, otwarcie zakomunikować, że np. nie odzywam się, bo jestem raczej słuchaczem i obserwatorem i lepiej czuję się w tej roli; że stresują mnie wystąpienia publiczne, dlatego mogę wyglądać na zdenerwowaną. I tak dalej. Nie jest to takie proste, gdy jest się nieśmiałym, ale im bardziej rozumiem siebie, im więcej się o sobie uczę, tym łatwiej przekazać to innym. I zaakceptować swoje cechy, bo są piękne, chociaż może nie zawsze najłatwiejsze.

Czy introwertyk odmawia spotkań, bo nie lubi ludzi?

Opisując po krótce swoją historię wspomniałam, że mojemu introwertyzmowi towarzyszy(ła) nieśmiałość i zamknięcie w okazywaniu emocji. Mam wrażenie, że bardzo często się te i inne pojęcia myli. A skoro ten wpis ma na celu rozjaśnić nieco temat (z perspektywy co prawda zupełnego laika, ale za to praktyka), to zacznijmy może od tego, czym introwertyzm NIE jest.

Introwertyzm NIE jest:

  • nieśmiałością, zamkniętością;
  • fobią społeczną;
  • separacją od otoczenia;
  • małomównością;
  • nielubieniem ludzi.

Sam termin wywodzi się z łaciny i oznacza zwrócony do środka. Bardzo podoba mi się to określenie, bo właśnie tak postrzegam siebie samą jako introwertyczkę. Introwertyk będzie osobą, która doświadczenie, emocje, refleksje kieruje do wewnątrz, to znaczy przeżywa je w sobie, czerpie radość z przebywania z samym sobą, bo interesuje go jego świat wewnętrzny. Nie chcę wypowiadać się w imieniu wszystkich introwertyków, ale z reguły to nie jest tak, że nie lubimy ludzi lub nie potrzebujemy kontaktów towarzyskich. Ja na przykład kocham ludzi i bardzo mnie interesują, lubię z nimi przebywać. Od ekstrawertyków różni mnie na pewno poziom i rodzaj aktywności w grupie (często wolę być obserwatorem, po prostu dlatego, że ciekawi mnie, jak zachowuje się moje otoczenie), ale też fakt, że spotkania towarzyskie pochłaniają dużo mojej energii, więc potrzebuję mniej więcej tyle samo czasu z ludźmi, co sama ze sobą. Jeżeli cały dzień przebywałam w pracy, która wymaga ode mnie częstych interakcji, to później zazwyczaj marzę o spokojnym wieczorze tylko z moim mężem lub sama. Z kolei weekendami zwykle mam ochotę na spotkanie w gronie przyjaciół. Ekstrawertycy "ładują się" podczas spotkań towarzyskich, w kontakcie z innymi osobami - introwertycy raczej w domowym zaciszu, sam na sam ze sobą i właśnie światem wewnętrznym.

Co ciekawe, wspomniane różnice wiążą się ściśle z różnicami w układzie nerwowym intro- i ekstrawertyków. Układ nerwowy introwertyka reaguje mocniej, co oznacza, że taka osoba potrzebuje mniej bodźców, aby czuć się pobudzona, aktywna. W związku z tym czasem niewielka ich liczba potrafi sprawić, że czujemy się zmęczeni, przebodźcowani i potrzebujemy odciąć się od otoczenia, zanurzyć ponownie w swoim wewnętrznym przeżywaniu, najlepiej w bezpiecznym miejscu i z aktywnością, która nie przysparza zbyt wielu nowych stymulantów, np. książką, ulubionym serialem czy po prostu drzemką.

Jestem introwertykiem, jestem ekstrawertykiem

Jeszcze jedna ważna sprawa w tym temacie-rzece, o którym mógłby powstać (i być może powstanie) niejeden wpis. Gdy rozmawiam z moim Mężem, który jest z wykształcenia psychologiem, to często podkreśla, że to nie do końca jest tak, że mamy albo tylko cechy ekstrawertyczne, albo tylko introwertyczne. Wyobraźmy sobie, że typy osobowości mieszczą się na skali, na której z jednej strony jest ekstrawersja, z drugiej - introwersja. Pomiędzy nimi rozpościera się całe spektrum właśnie tego, co jest "pomiędzy". To znaczy, że jeżeli np. czujesz się introwertykiem, ale nie odczuwasz dyskomfortu w przebywaniu w większym gronie ludzi, to nie znaczy, że tak naprawdę introwertykiem nie jesteś. Nie jesteś po prostu na samym skraju tej skali, nie jesteś jedną z - zapewne bardzo nielicznych osób - które są skrajnie introwertyczne. Gdzieś pośrodku znajduje się z kolei ambiwersja, czyli równowaga między oboma typami osobowości. 

Dlatego nie warto tak radykalnie się szufladkować. Choć oczywiście rozumienie siebie pomaga w rozwijaniu swoich atutów i przede wszystkim ukochaniu tego, jakim się jest. Introwertycy i ekstrawertycy - świetnie się uzupełniamy! Ta różnorodność jest wspaniała i nie ma co dzielić się tak arbitralnie.

Jednak jako osoba o wyraźnie silniejszych cechach związanych z introwertycznym typem osobowości czuję się odpowiedzialna za to, żeby śmiało - dziś już bez wahania i wstydu, prosto z serca - powiedzieć: introwersja jest piękna! Ułatwia nam zawieranie i budowanie wyjątkowych, trwałych i głębokich relacji, co ja ogromnie sobie cenię. Pomaga być dobrymi słuchaczami i darzyć innych empatią i zrozumieniem. Dzięki niej też nigdy nie będziemy się nudzić, bo w końcu uwielbiamy spędzać czas z samymi sobą, a siebie zawsze mamy "pod ręką" :)


ozdobna linia z motywem roślinnym, separacyjna

W zrozumieniu introwertyków albo zyskaniu poczucia bycia zrozumianym jako introwertyk pomaga zapoznawanie się z tematem, rozmowy z ludźmi i tworzenie więzi. Ze swojej strony mogę polecić w tej tematyce ciekawe konto na Instagramie: @introwertykalni. Jego twórcy w postach starają się na przykładach poszczególnych sytuacji przybliżyć świat introwertyków. Bardzo lubię też śledzić ich stories, w których introwertykalni obserwatorzy zadają pytania typu "Też macie tak, że...", na które można dzięki udostępnionej ankiecie odpowiedzieć TAK lub NIE i zobaczyć, jaka część z nas ma podobne doświadczenia.

Mam nadzieję, że mimo braku wykształcenia psychologicznego, choć trochę przybliżyłam temat introwersji - z perspektywy własnego doświadczenia.

Jestem bardzo ciekawa Waszych obserwacji i doświadczeń. Z jakim typem utożsamiacie się bardziej: ekstrawertyka czy introwertyka? Co sprawia Wam radość, a co przynosi trudność?

Ściskam,
Kasia L.

ławka w parku, kwiaty i zieleń, miłość, zakochani, akwarela

Z perspektywy żony z 2-letnim stażem opowiadam o tym, co dla mnie oznacza kochać

Zaczyna się prosto, zwyczajnie - od uścisku dłoni, wymiany imion i paru grzecznościowych zdań. Tak było przynajmniej w moim przypadku. Największa przygoda życia. Czy w 2011 roku, gdy poznałam mojego dziś już męża, przypuszczałabym choć w 1%, do jakich pięknych i trudnych, i radosnych, i smutnych, ale zawsze szczęśliwych miejsc mnie to zaprowadzi? I jak bardzo będę za Niego wdzięczna? 

Jestem przeciwniczką opisywania relacji, zwłaszcza tych miłosnych, w sposób, w jaki pokazują je filmy. Wiecie, w zwolnionym tempie, z odpowiednią muzyką i kadrem wszystko będzie wyglądać wyjątkowo. I potem taka nastolatka jaką byłam ja liczy na to, że spotka "tego jedynego" przypadkowo w szkole, najlepiej w wyższej klasie, wpadnie na niego niechcący, niosąc w rękach stos książek, ten schyli się, żeby pomóc jej pozbierać je z podłogi, a przy najbliższej okazji zaczepi ją, gdy akurat będzie wyjmować coś ze swojej metalowej szafki szkolnej i zaprosi na kawę po lekcjach. A potem zaśpiewają duet, któremu towarzyszyć będzie chór spontanicznie powstały z reszty uczniów, wychodzących na przemian z prawej i lewej strony korytarza.

Owszem, nastoletnie marzenia są wyjątkowe i nie zamieniłabym ich na żadne inne, ale czy nie warto czasem pomyśleć sobie, że to codzienność może się okazać największym spełnionym marzeniem? Mimo że nie lubię filmowych opisów, to spod mojej klawiatury wyszła bardzo filmowa fraza "największa przygoda życia". Napisałam to w pełni świadomie. Naprawdę uważam, że małżeństwo jest moją największą i najbardziej szaloną przygodą w życiu. 7 września 2019 roku dałam słowo. Najważniejsze słowo - przysięgę. 

Czy to nie szaleństwo, że chcę i - przede wszystkim - w y b i e r a m  spędzić z drugim człowiekiem resztę życia, niezależnie od tego, co po drodze się wydarzy, a wydarzyć się może przecież wszystko? Niektórzy tak by to nazwali. Okej, ja też uważam to za szalone. A on jest tak samo szalony jak ja. Miłość to jest dla mnie codzienność i trwanie przy swoim wyborze w tej codzienności. 

Przez te dwa lata małżeństwa spotkało nas już: huczne wesele w gronie mnóstwa bliskich nam osób, cieszących się z naszego ślubu; kameralne poprawiny w niedzielny wieczór, z przyjaciółmi siedzącymi na ziemi w nieumeblowanym jeszcze pokoju, na środku którego piętrzyła się góra rzeczy z przeprowadzki i pozostałości weselnych; odnowienie przysięgi małżeńskiej w Kanie Galilejskiej dwa tygodnie po ślubie; wyjazdy małe i duże; pełne radości dni, które mogliśmy spędzić całe ze sobą, głównie na tuleniu i nic nie robieniu; łzy pełne skrajnej bezradności; przejmowanie przez jedno z nas opieki nad całym domem, gdy drugie nie było w stanie wstać z łóżka; super współpraca i wysprzątanie całego domu w godzinkę, bo działamy razem; zdrowe domowe obiadki; fast foody, bo nie chce się gotować; kupienie pudełka Knoppersów, bo były na promocji, a kto dorosłym zabroni; zasypianie o 18 ze zmęczenia i spanie do rana; remont; spotkania rodzinne; odwoływanie wszystkich planów, bo chcemy być sami; i wiele, tak bardzo wiele innych. 

A, jeśli Bóg da, spotka nas jeszcze wiele, wiele więcej. Większości z tych rzeczy nie będę w stanie przewidzieć. Każdą z nich chcę przyjąć z miłością. Ta codzienna miłość tak mnie zachwyca, że nie jestem w stanie tego wyrazić. I chwile uniesienia, i zwyczajność. Po prostu bycie razem. Zakasanie rękawów i praca nad tym, żeby wypielić z naszego ogródka chwasty zaniedbań i popełnianych błędów, nawożenie chęcią pracy nad sobą i autorefleksją, podlewanie ciepłymi słowami, dotykiem, drobnymi prezentami i przysługami, obsiewanie dobrem. I obserwowanie, przytuleni i z radością, jak ten nasz nieidealny ogród kwitnie i jest piękny, po prostu dlatego, że jest z miłości.

Kończę już, bo czuję presję, żeby całą miłość opisać w jednym poście, i to w dodatku mądrze. A przecież tak się nie da. Doświadczajmy, bądźmy wdzięczni, uważni - po prostu kochajmy najlepiej, jak umiemy. Zwyczajnie.

Może chcecie się podzielić swoimi historiami? 

Ściskam, 
żona zwykłego-niezwykłego Męża
Kasia L.

trzy jesienne liście, akwarela

Ciśnie mi się na usta, że od zawsze mam trudną relację z jesienią. Ale właściwie to nie jest do końca tak. Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić do szkoły (sic!) i ekscytował mnie koniec sierpnia - mogłam wtedy zaszywać się w sklepach między półkami z pięknymi przyborami szkolnymi i zaopatrzyć się w pachnące świeżością zeszyty, kolorowe mazaki, kredki, cienkopisy, zakreślacze i wszystko, co do szczęścia potrzebne małej (a potem większej) estetce uwielbiającej wielobarwne notatki. Jakiś dreszczyk emocji budziła we mnie myśl o nowym planie lekcji, powrocie do sal lekcyjnych, przywitaniu się z koleżankami po wakacjach...

Do dzisiaj zostało ze mną to późnoletnie poczucie ekscytacji, ale od pewnego czasu towarzyszy mu też uczucie niepokoju. Taka mieszanka jest dla mnie intrygująca i sprawia, że końcówka sierpnia i wrzesień są wyjątkowe, ale jednocześnie budzą we mnie przekonanie, że muszę się jakoś przygotować mentalnie do coraz krótszych dni i coraz większej liczby ubrań na sobie. Jako że w tym roku postanowiłam radykalnie zaakceptować nadchodzącą jesień i wszystko, co za sobą niesie, chciałabym podzielić się moją prywatną listą tego, co w niej kocham. 

1. #backtoschool

Jak już mówiłam, zawsze cieszyłam się na powrót do szkoły. Do dzisiaj się z tego cieszę, chociaż już do niej nie chodzę. W komunikacji miejskiej znów robi się tłok, ale z tymi wszystkimi uczniami na ulicach jest jakoś tak milej. I człowiek ma poczucie, że nie tylko on nie ma już wakacji ;) 

2. Zmieniające kolor liście

W otoczeniu zaczyna dziać się coś nowego - zieleń powoli przełamują wszelkie odcienie z palety ciepłych barw. Można zbierać kasztany, robić korale z jarzębiny albo zanurzać buty w górach spadających liści. A propos gór, wyjazd w góry we wrześniu to najlepszy pomysł!

3. Kocyk i herbatka/kawa/gorąca czekolada

To, co w tym lubię, to ponownie jest ten "cozy" klimat, czyli przytulność koca, ciepło rozchodzące się po ciele dzięki gorącemu napojowi, ogrzanie stóp w kąpieli, zapachy świeczek - coś pięknego! 

4. Oglądanie seriali/czytanie pod kołdrą

Pod kołdrą w ogóle można jesienią spędzać mnóstwo czasu. Jest coś bardzo relaksującego we włączeniu po pracy ulubionego serialu, przebraniu się w piżamę szybciej niż zwykle i nic-nie-robieniu. Raz na jakiś czas.

5. Długie wieczory z bliskimi

Znowu wraca pora na grzaniec! Spotkania ze znajomymi zamieniają się w domowe posiadówki (co osobiście bardzo lubię), a że jesień sprzyja rozmyślaniom, to często towarzyszą temu może trochę głębsze niż zazwyczaj rozmowy. 

6. Morze poza sezonem

Jako mieszkanka Trójmiasta nie mogę nie wspomnieć o tym, jak wyjątkowe robi się morze, gdy kończy się sezon. Na plaży jest coraz mniej ludzi, a woda przybiera niepokojące odcienie szarości i nabiera głębi. Często wtedy zastanawiam się, co robią w danej chwili ludzie przebywający na statkach, które widzę na horyzoncie.

7. Ubrania dopasowane do mojej jesiennej urody

Bordo, butelkowa zieleń, odcienie brązu, beże, ciepłe fiolety - to są zdecydowanie moje kolory. Urodą jestem typem jesieni i może to brzmi zabawnie, ale często gdy wyciągam jesienne swetry, długie spodnie i bluzki, chusty i kurtki, jakoś tak bardziej się sobie podobam.

8. Więcej spanka

To, że coraz szybciej robi się ciemno, jest dla mnie minusem, z którym najciężej mi sobie poradzić. Dlatego, żeby choć trochę przekuć wadę w zaletę zauważam, że szybsza ciemność = szybsze pójście spać, czyli więcej odpoczynku. A że jestem fanką snu, to dla mnie super.

9. Nowe pasje 

Mam wrażenie, że jesienią odkrywam w sobie nowe pokłady kreatywności. Może to reakcja obronna mojego mózgu na zbliżającą się chandrę. Tak czy inaczej, cieszę się na każdy mój nowy pomysł. Wystarczy zauważyć, że pierwsze wpisy na tym blogu powstają właśnie tuż przez jesienią. Zaczynam też przygodę z akwarelą i coraz chętniej szukam domowych zamienników aktywności fizycznej, którą latem praktykowałam na dworze.

10. Melancholia

Kto też jest typem melancholika, ten wie, że jesienna aura koresponduje z nastrojem, którego często doświadczamy. Sprzyja wyciszeniu, refleksji i takim aktywnościom jak pisanie, czytanie, spokojny spacer... I chociaż wyraz "melancholik" to nie jedyne, co mnie definiuje, a na co dzień lubię też szukać w sobie energii i skupienia na tym, co teraz, to bywa, że znajduję odprężenie w oddaniu się temu specyficznemu stanowi. 

ozdobna linia z motywem kwiatowym, separacyjna

Na koniec mała dygresja. Największym problemem w moim pisaniu (swoją drogą, problemy z pisaniem to ciekawy pomysł na osobny post) jest wiecznie towarzyszący mi w głowie głos, pytający mnie "po co o tym piszesz?". Staram się z nim walczyć, bo czy wszystko musi być po coś? Tym razem jednak kusi mnie, żeby odpowiedzieć. A piszę o zaletach jesieni, o mojej relacji z nią, z dwóch powodów: po pierwsze, bo działa to na mnie terapeutycznie, a po drugie, żeby może ktoś, kto to przeczyta, a też nie należy do fanów jesieni, do swojej listy pozytywów dodał i te moje, no i zapamiętał ważną dla mnie myśl, że każdy stan, w którym się znajdujemy, jest w pewien sposób ważny i warto choć spróbować go zaakceptować takim, jakim jest. Wydaje mi się, że wtedy jest trochę łatwiej.

W tym roku jesień może być jeszcze trudniejsza (podobnie zresztą jak w zeszłym), ze względu na epidemię, dlatego tym bardziej szukajmy plusów, szukajmy małych radości, dbajmy o zdrowie psychiczne, bądźmy dla siebie dobrzy!


Ściskam, jeszcze letnio,
Kasia L.

Starsze posty Strona główna

O MNIE


Kasia Lewandowska

Polonistka pracująca jako bibliotekarz
i redaktor, spełniająca się też w roli pisarki.
Szczęśliwa żona ucząca się kochać życie
i wypełniać sensem każdy dzień.

Więcej o mnie: Szerzej o mnie i blogu

A na co dzień udzielam się tu: instagram.com/wczesnymrankiem

Zapraszam!


(fot. Justyna Szyszka / bezflesza)

LUBIANE WPISY

  • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
  • To już rok, odkąd prowadzę wczesnymrankiem!
  • Nadchodzi jesień i uczę się ją kochać - 10 zalet
  • Jestem mamą
  • Wspieraj się jesienią

INSTAGRAM

instagram @wczesnymrankiem

ARCHIWUM

  • ▼  2026 (1)
    • ▼  stycznia (1)
      • Podsumowanie 2025 i plany na 2026
  • ►  2025 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2023 (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2022 (34)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2021 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (2)

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Miło mi!
Dzięki, że jesteś i czytasz :)

Copyright © wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki. Designed & Developed by OddThemes