wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki
  • STRONA GŁÓWNA
  • CODZIENNOŚĆ
    • Radości
    • Refleksje
    • Organizacja
    • Chwila dla siebie
    • Z pamiętnika
  • KREATYWNIE
    • Opowiadania
    • Dom
    • Sztuka
  • POLONISTYKA
    • Pisanie
    • Książki
    • Studia polonistyczne
      i edytorstwo
  • OKOŁOPSYCHOLOGICZNE
  • POLECAM
  • O MNIE I BLOGU / KONTAKT
nowy wpis w każdy wtorek o 19:00


 

 

akwarela przedstawiająca kilka kwiatów maku

Uwaga, będzie mocno, długo, ale bardzo od serca. Jeżeli z jakichś powodów nie czujesz się teraz na siłach, nie czytaj. W pełni rozumiem :)

Bez tej opowieści trudno będzie mi wrócić na dobre do pisania. Bo dużo się zmieniło, odkąd zostałam mamą - zdecydowanie na dobre, ale droga, którą przeszliśmy, wiele od nas wymagała i zredefiniowała wiele spraw w moim życiu. Wczesnym rankiem to też trochę taki mój pamiętnik, dlatego chciałabym, aby i ta historia znalazła tu swoje miejsce. Tylko że od miesięcy zastanawiam się, jak ją opisać, żeby dobrze ubrać w słowa, przekazać zawiłe myśli, nie zostać źle zrozumianą, nie zostawić czytelnika z poczuciem bezcelowego przybicia, a przy okazji jeszcze zostawić najczulsze miejsca dla mnie, mojego męża i synka. Takie to wszystko złożone, wielowymiarowe, w wielu miejscach niejasne...

Nie zliczę, ile razy w ciągu tych dwóch lat zmieniałam kształt tego wpisu. W końcu zdecydowałam pisać w prost, prosto i bez zbędnego tłumaczenia, jak czuję. Jednocześnie puszczając to w świat, zdaję sobie sprawę z tego, że daję temu światu olbrzymi kredyt zaufania, że nie zostanę źle zrozumiana, że moja najczulsza historia zostanie czule przyjęta. Choć jeśli nie, to też będzie ok - mam przed sobą cel, którym jest pokazanie, że można mieć naprawdę różnie, że często dwie rzeczy mogą być prawdą. Że jeśli ktoś, czytając to, przeżywa lub przeżywał coś podobnego, to gdzieś na świecie jest taka Kasia, która ma tak samo. Mnie ta perspektywa, której wydaje mi się, że ciągle jest mało w social mediach, pomogłaby w trudnych momentach. 

ozdobna linia roślinna, akwarela 

Macierzyństwo mnie doświadczyło. Przeżyłam zarówno najpiękniejsze, jak i najtrudniejsze chwile w swoim życiu. Moment, w którym pani położna jednym sprawnym ruchem złapała mojego synka i położyła go na moim brzuchu, to spojrzenie, które wymieniliśmy z mężem i to obezwładniające uczucie niedowierzania we własne szczęście, jest czymś, czego nie da się opisać, a co zostanie na zawsze dla nas i w nas. 

Jednocześnie jest coś, co też - jestem już teraz przekonana - zostanie na zawsze w nas, a czego się kompletnie nie spodziewałam i na co nie sposób było się przygotować. To nasze trudne początki - i mówiąc "nasze", mam na myśli całą naszą trójkę. Są przeżycia, których nie da się przekazać tak do końca, a ktoś, kto nie ma podobnej historii, nie jest w stanie jej całkowicie zrozumieć. Mimo wszystko uważam, że warto się nimi dzielić, dlatego mimo pewnych oporów, to robię.

Będąc w ciąży, najbardziej bałam się porodu. Jakoś tak byłam przeświadczona, że jak już dziecko będzie na świecie, to reszta przyjdzie naturalnie. Aż w końcu nadszedł TEN dzień. Mimo że poród trwał wiele godzin, okazał się dla mnie naprawdę łaskawy. I stało się. Dostałam w ramiona nasze wyczekane dziecko, medycy rozeszli się i... zostaliśmy w trójkę. 

Pierwsze tygodnie życia mojego synka upłynęły nam na przyzwyczajaniu się do nowej sytuacji. W końcu w naszym domu pojawił się mały człowiek, staliśmy się dla kogoś całym światem i jedynym warunkiem przetrwania. Po raz pierwszy w życiu moje własne ciało miało zapewnić pożywienie komuś będącemu "na zewnątrz". Początki karmienia były inne niż się spodziewałam. Choć słyszałam o tych najbardziej typowych trudnościach, to wydawało mi się, że to przyjdzie naturalnie - w końcu to jedzenie, podstawowa potrzeba, chyba wszystko powinno pójść gładko. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że minie sporo czasu, zanim oboje z synkiem nauczymy się tej czynności, a wiedza o tym, jak rozkręcić produkcję się nie przyda, bo tego pokarmu będzie... dużo za dużo.  

Ból wiecznie przepełnionych piersi, rwący aż po łopatki, godziny z laktatorem, litry mrożonego mleka, dziesiątki zalanych koszulek, pościeli, niebotyczne ilości herbaty szałwiowej - to jedne z pierwszych trudności, z którymi musiałam się zmierzyć. Przestraszony wzrok mojego dziecka, które potrzebowało po prostu ukojenia przy piersi, a w zamian ciągle było zalewane pokarmem, to coś, co mocno zapadło mi w pamięć i do dziś budzi trudne uczucia.

Po pierwszej wizycie patronażowej mojej położnej już wiedziałam, że będę musiała ją zmienić. Nie dostałam od niej wsparcia, którego wtedy bardzo potrzebowałam; dostałam właściwie niewiele poza dodatkowym stresem. Totalnie bez sił, w połogu, nie ogarniając, co dzieje się wokół, szukałam w Internecie położnej, która zgodzi się mnie przejąć na samej końcówce wymaganej opieki. I na szczęście się to udało (warto szukać pomocy w każdym momencie, nawet, gdy wydaje się to już bez sensu!). To ona podpowiedziała nam sposoby na ukojenie dziecka inne niż smoczek, którego synek nie dawał rady ssać, ona też cierpliwie odpowiadała mi, że wszystko będzie dobrze, gdy po raz tysięczny, nie potrafiąc poradzić sobie z nadprodukcją pokarmu, pytałam ją, czy to kiedyś minie. Cieszę się, że mieliśmy ją wtedy "pod ręką". 

Gdy synek miał około trzy tygodnie, zaczęły się problemy z brzuszkiem. Na początku myśleliśmy, że to te mityczne "kolki", z czasem gastroenterolog zasugerował nietolerancję pokarmową lub alergię. Za jego radą przeszłam wtedy na dietę najpierw bezmleczną, później ograniczającą coraz to nowe alergeny, aż w końcu jadłam praktycznie sam chleb. Mocno schudłam, byłam wyczerpana, nie miałam skąd brać energii. Ale nic tak nie spędzało mi snu z powiek, jak troska o zdrowie i komfort synka. Jeździliśmy od specjalisty do specjalisty - doradca laktacyjny, neurologopeda, fizjoterapeuta, alergolog, gastrolog, pediatra... Konfrontowaliśmy, często sprzeczne, opinie. Ciągle rozmyślaliśmy, jak pomóc temu naszemu małemu człowiekowi. Nocami wertowałam Internet, a w ciągu dnia ładowałam się drzemkami kontaktowymi, które były takim ciepłym promykiem w tej ciemności, którą odczuwałam.

Synek w ciągu dnia płakał po kilka godzin, w nocy masowaliśmy brzuszek, nosiliśmy, staraliśmy się ulżyć jego cierpieniu, choć czuliśmy się bezsilni. Wkradła się (choć bardziej odpowiednie byłoby stwierdzenie "wparowała") depresja poporodowa, której obawiałam się, a jednocześnie spodziewałam - byłam już po jednym epizodzie depresyjnym. Razem z chorobą przyszło poczucie samotności, pustki, bezsensu, przerażającego kontrastu między tym nowo narodzonym, najpiękniejszym na świecie życiem, a moim wewnętrznym roztrzęsieniem. 

Myślałam, że to nie minie. Byłam kompletnie przekonana, że nie poradzę sobie ani chwili dłużej, a jednocześnie nie potrafiłam zdefiniować, co oznacza "nie dać rady". Bo skoro żyjemy, to chyba znak, że dajemy radę? Pamiętam wiele przepłakanych godzin, łzy skapujące na to małe czółko podczas nocnych karmień, tysiące moich "ja nie dam rady" wypowiadanych do męża. Jego bezradność i pełną opieki i lęku troskę. Odliczanie do "będzie lepiej". Jednocześnie wielką wdzięczność za to, że to Życie jest z nami, jest nasze.

Straciliśmy wtedy relacje, które myślałam, że przetrwają. Jednocześnie jeszcze bardziej doceniłam tych, którzy byli i są z nami mimo wszelkich naszych braków, mimo tego, że dawaliśmy radę jedynie (aż) przetrwać kolejny dzień. Mamy to ogromne szczęście mieć wspaniałych Rodziców i Rodzeństwo oraz Przyjaciół, którzy dawali i dają z siebie to, co jest w zasięgu ich możliwości. Mamy też ten przywilej mieć siebie nawzajem. I tak, można czuć się samotnym mimo wsparcia i obecności bliskich, bo to poczucie pustki dyktowane jest wieloma czynnikami - jest zarówno objawem choroby, jak i tego, że nie da się w pełni oddać swoich przeżyć, człowiek zawsze w przeżywaniu jest trochę sam. Mimo to dzielenie się nimi przynosi ulgę, mnie bardzo pomagało to, że moja Siostra ma synka starszego o dwa miesiące od mojego, więc wszystkie etapy przechodzimy w podobnym czasie.

Może ktoś pomyśli, że "inni mają gorzej" (mnie samą takie myśli też nachodzą), ale doświadczenie innych nie umniejsza przecież naszemu. A nasze nie sprawia, że inne są nieważne czy łatwiejsze. Od samego początku oboje z Mężem byliśmy wdzięczni i szczęśliwi, że mamy nasz Skarb i staraliśmy jak mogliśmy, żeby łapać te chwile. Dużo mimo wszystko śmialiśmy się, robiliśmy dużo zdjęć. Bardzo się teraz cieszę z tego, że to robiliśmy - to był nasz sposób na przetrwanie, ale dzięki temu ten czas nie jest i nie będzie w naszej rodzinnej historii czarną plamą, mamy z niego pamiątki. 

ozdobna linia roślinna, akwarela

Dobrze pamiętam moment, w którym po raz pierwszy od porodu poczułam radość niezmąconą żadnym lękiem, smutkiem czy żalem - to był piąty (!) miesiąc życia mojego synka. Byliśmy akurat na spacerze; patrzyłam, jak siedzi sobie w wózeczku, i nagle przyszła do mnie myśl, a razem z nią poczucie: jest dobrze, spokojnie. 

ozdobna linia roślinna, akwarela

Piszę to, bo chciałabym, żeby wybrzmiało, że depresja poporodowa może przyjść nawet, gdy przyjście na świat dziecka jest spełnionym marzeniem. Więcej nawet - dotyka nie tylko matki, ale też ojców! Uważam, że wciąż jeszcze mało się mówi o depresji poporodowej mężczyzny, czy w ogóle o wyzwaniach, które stoją przed ojcami. Mam nadzieję, że niedługo mój mąż opowie tu na blogu swoją perspektywę. Mnie strasznie trudno przyznać się do tego, jak było i co czułam. Dlatego ten wpis publikuję dopiero teraz. Nasz synek był planowany, wyczekany, tak bardzo chciany, a mimo to pojawiła się depresja, a nasze początki były dalekie od sielankowych. Miałam duże poczucie bycia niezrozumianą - opowiadając, co u nas, wydawało mi się, jakby opowieści oddawały jedynie 30% wszystkiego. Zdarzało się, że spotykaliśmy się z niezrozumieniem, bo np. znajomi mieli dzieci z innym, spokojniejszym czy mniej wymagającym usposobieniem. Jednym słowem, miałam wrażenie, jakby przez moje życie przeszło tornado, a ja stoję w miejscu, w którym było wszystko, co znałam, i patrzę na tę ruinę.

Choć pokochałam moje dziecko od razu, to musiałam nauczyć się kochać rzeczywistość, a zostawić wyobrażenie o niej. Szczerze mówiąc, dalej się tego uczę. Czuję się najsilniejsza, jaka kiedykolwiek byłam, i jednocześnie najbardziej krucha, bezbronna. Długo i intensywnie szukałam sensu w tym wszystkim, co musieliśmy przejść - i nie rozumiem do dziś. Może tak już zostanie, może nie wszystko trzeba rozumieć. I chociaż to poczucie utraty początków, które mogły być inne, zdrowe, radosne, bez bólu i w większej sile dla każdego z naszej trójki, nadal trwa, to mam w sobie coraz więcej akceptacji. A wraz z nią przychodzi to, czego wcześniej nie dane mi było doświadczyć. Spokój, stabilność i nadzieja. Dużo radości z tej mojej codzienności.

Bycie mamą jest dla mnie najwspanialsze na świecie, ale nie mogę powiedzieć, że jest takie, jak z moich marzeń. Okazało się zupełnie inne. Ten obrazek, który stworzyłam w swojej głowie lata temu - bo bycie żoną i mamą było moim największym życiowym celem, odkąd pamiętam - został zastąpiony przez rzeczywistość. Napotkałam jakiś czas temu w Internecie słowa Agnieszki Chylińskiej, które zapadły mi w pamięć: 

Macierzyństwo miało być dla mnie kolejnym sukcesem, rolą, w którą wejdę instynktownie, z radością, zapałem i pewnością siebie. Etapem idealnie wklejonym do mojego ówczesnego życia, gdzie miało być "doklejone" do bieżących spraw jak rodzaj pluszowej przybudówki. Okazało się brutalnym strzałem w mój egoizm, w wieczne dogadzanie sobie w myśl zasady, "bo ja zawsze miałam ciężko"... Musiałam umrzeć, a wraz ze mną wszystko, w co wówczas wierzyłam. Byłam w tym procesie bardzo osamotniona, pogubiona... Dzisiaj mogę powiedzieć, że macierzyństwo mnie uratowało, pomogło odnaleźć w sobie pokłady miłości, o której istnienie siebie samej nie podejrzewałam. Ale to moja historia i mój proces. Proces, który trwa cały czas. 

To, co chciałabym, żeby wybrzmiało, to że dwie rzeczy mogą być prawdą. Początki rodzicielstwa były dla mnie tornadem, które zmiotło wszystko, co znałam i zbudowałam. Jednocześnie przyjście na świat mojego synka było najlepszym, co mogło mnie spotkać. Tak, jest cholernie trudno, i tak, jest na maksa warto. On jest dla mnie tak wielkim darem, że zdecydowałabym się doświadczyć tego wszystkiego dla niego jeszcze raz, jeżeli byłoby trzeba. Choć kompletnie nie rozumiem, dlaczego ta droga pierwszego roku musiała być tak trudna. 

Jak jest teraz? Lepiej, spokojniej. Jest czas pokoju, a ja uczę się nim cieszyć i puszczać gardę. Przepełnia mnie wdzięczność za moich najbliższych, z którymi pokonałam niejedną burzę. Za zdrowie, które do nas pomału wraca. I za każdy nowy dzień, rozpoczęty dźwiękiem tych małych stópek, biegnących się przywitać. Wiele w nas jeszcze obaw i zmęczenia, pewnie wiele do pracy, ale co najmniej tyle samo poczucia spełnienia w tej rodzicielskiej roli. 

ozdobna linia roślinna, akwarela

Drogi Rodzicu,
jeżeli czujesz się przytłoczony, niezrozumiany, samotny w swoich przeżyciach,
jeżeli uważasz, że tego, czego doświadczasz, nie da się opisać,
jeżeli czujesz, że wszyscy wokół mówią inaczej,
jeżeli jesteś przekonany, że nie dasz rady...
że przez Twój świat nagle przeszło potężne tornado i wszystko obróciło w proch,
jeżeli jesteś tam i patrzysz na gruzy tego, co znałeś...
... wiedz, że też tam byłam. Pewnie teraz nie masz na to siły, ale warto walczyć i dawać sobie pomóc. 

Jeżeli masz obawy, lękasz się o zbyt wiele albo o zbyt mało, jeżeli czujesz, że nie kochasz swojego dziecka tak, jakbyś chciał, albo że w ogóle go nie kochasz (bo i tak się w depresji poporodowej zdarza), że nie nadajesz się na matkę/ojca - to normalne uczucia, w których nie jesteś sam. Możesz potrzebować pomocy, wsparcia (na pewno zresztą go potrzebujesz; nic tak jak macierzyństwo nie pokazało mi, że każdy z nas potrzebuje "wioski"), ale to nie znaczy, że jesteś słaby. 

A jeżeli czytasz to i masz wokół siebie kogoś, kto jest rodzicem, to zanim ocenisz, zanim pomyślisz sobie, że "przecież wiesz", zatrzymaj się i pomyśl, że najprawdopodobniej nie znasz pełnej historii tej osoby, nie wiesz, co ona nosi ze sobą w sercu. Ludzie mają naprawdę różnie.

ozdobna linia roślinna, akwarela

Moje wpisy tutaj zazwyczaj są osobiste, ale ten jest osobisty w sposób szczególny. Zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, które miały/mają gorzej, które chciałyby być w mojej sytuacji. Ja w całym tym doświadczeniu jestem ogromnie wdzięczna za to wszystko, co mam - to dużo więcej niż to, o czym niejeden śmiałby marzyć. Nie odbiera to jednak wagi mojemu doświadczeniu cierpienia. Dzieląc się nim, poszłam za przeczuciem, że ono też jest ważne i może pomóc innym. Jeśli tak się stanie, w jakikolwiek sposób - będę szczęśliwa.

Ściskam
Kasia L. 

 

PS. Jako ilustrację wstawiam maki, które kiedyś tu już opublikowałam. Wybrałam je, bo kojarzą mi się z moją Mamą. 

 

trzy brązowe szyszki namalowane akwarelą

Jesień już co prawda niemal za nami, ale nie może tu przejść bez echa. Wczesnym rankiem zaczęło się przecież od tekstu Nadchodzi jesień i uczę się ją kochać - 10 zalet. I tak co roku (z małą przerwą na "urlop macierzyński") jesień inspiruje mnie do napisania paru słów. Tym razem mam trzy główne myśli, wokół których skupiam swoje "przetrwanie" - bo, jak pewnie już wiecie, ten okres nie należy do moich ulubionych. Mimo to staram się z niego czerpać, a z Wami chciałabym podzielić się tegorocznymi sposobami na jesienną (i nie tylko) radość z życia. 

1. Nie rezygnuj

Uważam, że wiele rzeczy da się zrobić "pomimo" - złej pogody, kiepskiego nastroju, braku motywacji. Nie zawsze warto czekać na najodpowiedniejsze warunki, bo można się ich zwyczajnie nie doczekać. A może zaskoczą nas już w trakcie danej czynności/realizowania planu?

Mam w głowie obrazek siebie sprzed dwóch lat, przemierzającej moje osiedle w deszczu, wietrze i ciemności, zabarykadowanej kurtką zimową z dużym kapturem, w wózku wioząc dwumiesięcznego synka. Taki "spacer" był dla nas jedynym wyjściem, by nie oszaleć, a dziecku zapewnić spokojny sen - dzisiaj jest dla mnie doskonałą ilustracją powiedzenia "nie ma złej pogody - jest tylko zły ubiór". I jasne, okoliczności mojego życia się zmieniły i bardzo możliwe, że obecnie zrezygnowałabym z aktywności poza domem w aż tak kiepskiej pogodzie, ale ta sytuacja pokazuje mi, że warto się zastanowić, czy aby na pewno trzeba rezygnować jesienią z tego, co robiło się dotychczas. Czasem wystarczy drobna modyfikacja :)

2. Zmień myślenie 

Brzmi jak motywacyjny frazes, ale w rzeczywistości chodzi o to, żeby obrócić myśl automatyczną o 180 stopni. Przeczytałam ostatnio dwie rzeczy dotyczące szczęścia życiowego, które ze mną zostały. Po pierwsze, że "nie brakuje ci szczęścia, tylko samodyscypliny" (rolka @bbrzydko), a po drugie: "to nie szczęśliwi ludzie są wdzięczni, ale wdzięczni są szczęśliwi" (stories @aniasieradzan) - przy czym w pierwszym wypadku mówimy oczywiście o sytuacji, w której rzeczywiście nie brakuje nam ważnych dóbr, typu zdrowie, pieniądze itp. Można tą ciemnością i słotą jesienną się dołować, ale można też obrócić ją w coś dobrego, w okazję do spróbowania czegoś nowego, na co może by się nie wpadło, gdyby za oknem było słońce i 30 stopni (no dobra, 20, patrząc na tegoroczne lato...), bo prawdopodobnie siedziałoby się na plaży. 

Co roku jesienią wracam do hobby, które na jakiś czas porzuciłam, lub próbuję czegoś nowego. W ten sposób cztery lata temu zaczęłam malować akwarele, założyłam blog, a dwa lata temu nauczyłam się szydełkować. W tym roku mam z kolei zamiar dokończyć rozpoczęty zeszłej jesieni kocyk dziecięcy i podjąć wyzwania malowania codziennie przez 30 dni jednej małej akwarelki. Czy wyrobię się do zimy? Najwyżej troszkę sobie czas na te postanowienia wydłużę ;) 

3. Dbaj o siebie

Na koniec myśl tytułowa tego wpisu: wspieraj się. Jesień przypomina mi o tym, że muszę o siebie dbać, jeżeli chcę zachować dobrostan. Dobry nastrój i siły do życia nie biorą się znikąd. Tak jak leki nie zadziałają, jeśli ich nie weźmiesz, tak niech zatroszczenie się o siebie może troszkę bardziej niż zazwyczaj, niech będą "tabletką" na typowo jesienną chandrę. Tak, to Twoja motywacja do zastanowienia się, czego Ci teraz brakuje. A potem spróbowania tych braków uzupełnić.

Ściskam jesiennie
Kasia L. 


 nocne niebo nad lasem iglastym, pada śnieg, akwarela

Mam 30 lat! A właściwie to skończyłam 30 lat jakieś pół roku temu (tak, moje wpisy mają aż taką obsuwę). Zmiana cyfry z przodu to chyba moment, który nie każdy lubi? Ja za to jestem pełna ekscytacji i wdzięczności. Nieraz chyba już tu wspominałam przy okazji urodzin, że ja uwielbiam 27 stycznia każdego roku. To dla mnie dzień, w którym świętuję swoje życie. W wieku 30 lat mam to szczęście być dokładnie w tym miejscu, w którym chciałabym być. Wychowałam się w pełnej, kochającej (choć, jak u wszystkich, niepozbawionej problemów) rodzinie, mam dwójkę moich najulubieńszych na świecie ludzi, z którymi mogę być każdego dnia: mojego Męża i Synka. Moja codzienność jest dzięki nim taką, o jakiej marzyłam. Mam kilka wspaniałych, bliskich osób wokół siebie, w tym najlepszą na świecie przyjaciółkę, z którą przyjaźnimy się od 24 lat! Mam super pracę, ciepły dom, pyszne jedzenie, pasje i zainteresowania, mam stabilizację, której mi potrzeba, mam w sobie samozaparcie do polepszania jakości życia i dążenia do zdrowia. Mam tak wiele. 

Współczesny świat powiedziałby pewnie, że jestem uprzywilejowana. I wiecie co? Tu się z nim zgadzam. Mam ogromny przywilej żyć, kochać i być kochaną. mieć gdzie mieszkać i co zjeść. Dużo tu ostatnio o trudach (albo jeżeli jeszcze nie dużo, to parę takich wpisów pojawi się niebawem), bo też nie chcę ukrywać tego, co przeżywam i o tym przecież jest ten blog - o mojej codzienności. Dlatego nie dziwcie się tymi zmianami w klimacie tekstów, tak wygląda moje życie - jest pełne niesamowitych darów i trudne do poukładania jednocześnie. 

W roku moich 30. urodzin chciałabym podzielić się z Wami wdzięcznością, którą mam w sobie. Za życie w ogóle, za to wszystko, co opisałam wyżej, za to, czego nie opisałam, ale też za poszczególne przeżycia, których 30 przytoczę, ku pamięci, poniżej. 

30 wspaniałych rzeczy, których doświadczyłam do mojej 30-stki (kolejność dość losowa):

1. Bawiłam się całymi dniami na podwórku i miałam swoją ekipę znajomych, a jednocześnie odkrywaliśmy razem tajniki pierwszych gier komputerowych, czatów i Gadu-Gadu.

2. Byłam przez ok. dwa lata naukowcem - dzięki wspaniałym Wykładowcom miałam okazję doświadczyć życia badacza literatury. W ramach tutoringu napisałam artykuł naukowy o prozie Erica Emmanuela Schmitta, a na licencjacie podjęłam się analizy i interpretacji wierszy ukochanego poety, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, w dość oryginalnym ujęciu krytyki tematycznej.

3. Obroniłam licencjat i magisterkę na ulubionym kierunku - filologii polskiej.

4. Wyszłam za Mąż za najwspanialszego człowieka.

5. W moim życiu pojawił się drugi, maleńki, najwspanialszy człowiek. A potem... URODZIŁAM GO!

6. Podróżowałam. Dzięki Rodzicom, ówczesnym przyjaciołom i wspólnocie zwiedziłam mnóstwo zakątków w Polsce, a także znacznie więcej krajów, niż myślałam, że odwiedzę: Czechy, Słowację, Niemcy, Węgry, Litwę, Hiszpanię, Włochy, Martynikę, Izrael i Palestynę, Anglię. Przelotem byłam też we Francji.

7. Pokonałam lęk przed wodą i nurkowałam na sześciu metrach w Morzu Karaibskim!

8. Poszłam na terapię. A potem kolejną. I jeszcze jedną. A wszystko to z woli życia. Jestem dumna z tego, jak potrafię zakasać rękawy do pracy, nawet, gdy wydaje się, że wszystko się wali.

9. Od małego prowadziłam blogi, a po latach wróciłam do pisania, bo to uwielbiam!

10. Mimo lęku wysokości i tego, że boję się zwierząt (tak, mam sporo lęków 😅), spróbowałam jazdy konnej i przez parę lat to była moja wielka pasja.

11. Dzięki Przyjaciółce podczas mojego wieczoru panieńskiego spełniłam marzenie o jeździe konnej w terenie, po polach, lesie i nad jeziorem.

12. Obcięłam włosy i zapuściłam grzywkę, na którą przez całe nastoletnie życie myślałam, że jestem skazana.

13. Razem z Mężem trenowałam przez parę lat taniec swingowy i bawiliśmy się wyśmienicie!

14. Spróbowałam kilku prac: byłam sprzedawcą i doradcą klienta, opiekunką kolonijną, magazynierem w firmie z sukienkami, korepetytorem, opiekunką do dzieci, redaktorem prowadzącym w wydawnictwie.

15. Zdecydowałam się zostawić toksyczne środowisko pracy, a wraz z nim marzenie zawodowe o byciu redaktorem, i postawić na spokój.

16. Dzięki temu zyskałam super pracę, która daje mi poczucie stabilności i jest przede wszystkim normalna. Odkryłam też, jak bardzo lubię być bibliotekarzem.

17. Napisałam dwa opowiadania, które ukazały się w antologiach.

18. Pojechałam jako wolontariusz na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie i spędziłam niepowtarzalny czas z ludźmi z całego świata.

19. ... i spałam pod gołym niebem na polu razem z 1,5 milionem osób! 

20. Spędziłam jedne całe bite wakacje przed TV, oglądając razem z siostrą nastolatkowe seriale i bajki. I wspominam to jako coś wyjątkowego.

21. Razem z podwórkową ekipą bawiliśmy się jako dzieci w "Dzieci z Bullerbyn" - każde z nas było inną postacią, mieliśmy takie niskie drzewo, na które się wspinaliśmy i które było naszym domem. 

22. Byłam na kajakach i zarazem pierwszy raz na wycieczce "namiotowej". Cóż, lekko mówiąc, nie spodobało mi się, ale spróbowałam ;)

23. Jeździłam na nartach, łyżwach, rolkach, konno, chodziłam na nordic-walking, zumbę, fitness; słowem - trochę się ruszałam, jak na osobę dość asportową.

24. Zaczęłam żyć bardziej minimalistycznie i odgruzowywać mieszkanie (choć tu jeszcze daleko do minimalizmu).

25. Byłam na koncercie sanah.

26. Pewnego lata wstałam o 3 nad ranem, by wybrać się na wschód słońca nad morzem.

27. Po pierwszym roku studiów przestałam udawać, że lubię imprezować, i to był jeden z pierwszych kroków do bycia bliżej siebie, bardziej autentycznie i z mniejszym wstydem.

28. Po wymagających studiach zrobiłam sobie rok bez czytania, a później zamieniłam ambitną literaturę na książki "lekkie", a dające do myślenia filmy na luźne seriale. Zdarza mi się oczywiście sięgać po trudniejsze pozycje, ale nie zmuszam się do tego i mam się dobrze z tym, że rozrywka jest dla mnie rozrywką.

29. Spędziłam cały, wspaniały rok, z moimi ulubionymi ludźmi - Synkiem i Mężem - i mimo wszelkich trudności, byliśmy blisko, razem, w miłości i trwałości. Czy mogłam sobie wymarzyć coś piękniejszego? Z radością przeżywam kolejne lata z nimi.

30. Dokładnie w dniu trzydziestych urodzin poszłam na pierwsze w życiu leczenie kanałowe (tego akurat nie polecam).

ozdobna linia roślinna, akwarela

Podobno lata 30. życia są lepsze od 20. pod tym kątem, że jest się pewniejszym siebie, bardziej ustatkowanym, bardziej wie się, co chce się robić, a czego nie. Jak na razie zdecydowanie to czuję i mam nadzieję, że tak będzie dalej. 

Wdzięczna za 30 lat mojego dotychczasowego życia
Ściskam
Kasia L.

Po co piszę? 

Zadaję sobie to pytanie, odkąd zaczęłam wczesnym rankiem. Wcześniej, gdy byłam dzieckiem, później nastolatką, pisałam dla rozrywki, dla zabicia czasu, dla upamiętnienia każdego mojego dnia, dla znajomych (wtedy życie kwitło na blogach, fotoblogach, gadu-gadu, czatach i innych tego typu miejscach w Internecie). Teraz, gdy jestem już przecież DOROSŁA, nie wypada mi pisać wszystkiego, czy też nie wypada mi pisać bez powodu. A przynajmniej to sugerują mi czasem natrętne myśli.

Piszę, bo po prostu lubię? Ale po co dokładać do tego zalewu treści, który jest obecnie w Internecie, jeszcze więcej? I co ja, zwykła dziewczyna, mam do powiedzenia więcej/lepiej ponad to, co już ktoś inny napisał?

Piszę, bo mam talent? Głupio przecież tak się do tego przyznać. To takie zarozumiałe, prawda? Powiedzieć o sobie "jestem w tym dobra". Wierzyć w to, a nawet pozwolić sobie  w i e d z i e ć  to.

Piszę, bo czuję, że mam coś do przekazania? Głównie to, że zwykłe życie jest super - i to zwykłe w dosłownym rozumieniu tego słowa, to znaczy takie, jakie jest. Że nie trzeba go kreować. Że można czuć sprzeczne emocje, np. w macierzyństwie. Że nie wszystko jest łatwe czy zero-jedynkowe. Że dwie rzeczy mogą być prawdą. Że będąc osobą po studiach humanistycznych, do tego bibliotekarką, redaktorką, można odczuwać niechęć do "wyższej" literatury czy ambitnych filmów i od lat sięgać głównie po odmóżdżające programy telewizyjne czy książki-młodzieżówki obyczajowe/romansowe. Że bycie mamą można przeżywać bardzo trudno, jednocześnie kochając tę rolę najmocniej. Że można być osobą wierzącą, praktykującą katoliczką, a jednocześnie śmiać się z memów o papieżu czy widzieć rzeczy, nad którymi jako Kościół musimy pracować. I w drugą stronę - że gdy są piękne, magiczne, "instagramowe" momenty, można je pokazać i nie trzeba na siłę ich z tego odzierać. Że można przyznać, że nie daje się rady i można przyznać, że radzi się sobie świetnie. I tak dalej, i tak dalej.

W tym ostatnim "piszę, bo..." jest chyba najwięcej moich wątpliwości. Jak teraz, gdy jestem w trakcie tworzenia wpisu o trudnościach w moim macierzyństwie. Bo chcę pokazać po prostu, jak było u mnie, licząc na to, że może jakiemuś rodzicowi obecnemu lub przyszłemu, pomoże to mówić o swoich trudnościach czy uznać je za naturalne. Ale co jeśli zostanę opacznie zrozumiana? Co jeśli z tego wpisu wybrzmi w jakiś niezwykły sposób, że kocham moje dziecko choć odrobinę  m n i e j, bo macierzyństwo mnie doświadczyło? Co, jeśli...?

Dlatego dziękuję za każdy komentarz, wiadomość prywatną czy "hej, czytam twój blog, kiedy kolejny wpis?", wypowiedziane przy okazji spotkania. Za odpowiedzi na Instagramie. Chowam te momenty w pamięci, a wiadomości często screenuję i przechowuję w osobnym folderze na telefonie. Gdy po raz setny wątpię w to moje pisanie, opowiadanie codzienności, odpalam je sobie i przypomina mi się, dlaczego warto. Rozlewa się w moim sercu ciepełko, które napędza mnie do działania.

Zawsze, gdy wracam do punktu wyjścia i ponownie muszę "szukać siebie", zadaję sobie to kultowe pytanie z filmu "Chłopaki nie płaczą" - co chcę w życiu robić? A gdy odpowiedź brzmi "nie wiem", zastanawiam się, co lubię, w czym jestem dobra, co sprawia mi radość, co daje spełnienie. Jedną z pierwszych myśli, która przychodzi jest właśnie PISANIE. Tworzenie. Słowo - to na "papierze", bo w tym wypowiadanym nie jestem zbyt zręczna, choć próbuję czasem co nieco przemycić na moim Instagramie @wczesnymrankiem w bardzo nieregularnych i niezbyt udolnych, ale przyjemnych dla mnie w robieniu, gadanych filmikach. 

Właśnie, skoro o tym mowa. Teraz każdy może o swojej codzienności opowiedzieć, a nawet pokazać najbardziej trywialne jej fragmenty, co jeszcze niedawno nie przyszłoby nikomu do głowy. Uwielbiam oglądać tego typu treści i mnie ten wspomniany "zalew" osobiście nie przeszkadza. Ale gdy ja sama to robię, wymagam już od siebie jakiegoś bliżej nieokreślonego WIELKIEGO SENSU. A może sensem może być po prostu dostrzeżenie codzienności taką, jaką jest? Bycie w niej? Pokazywanie, że "ja też tak mam"? Bo wiecie, co wnoszę do tego zalewu treści? Swoją perspektywę. O niej, o moim doświadczaniu, nikt inny nie jest w stanie opowiedzieć, tylko ja. Beze mnie to nigdy nie powstanie, nie zostanie powiedziane. Dlatego każdy jest wyjątkowy i niezastąpiony, mimo że wydawać się może, że robi to samo, co wszyscy. Nie, bez żadnego z nas ten świat nie będzie taki sam.

Dygresja goni dygresję. Trochę taki strumień świadomości mi się tu robi. Wracając więc do wątku z "Chłopaki nie płaczą" - jeden z bohaterów filmu ma prosty przepis na to, co zrobić, gdy już sobie na to kluczowe pytanie "co chcę w życiu robić" odpowiem. Laska mówi: "potem po prostu rób to". No więc robię. Staram się. Mimo wątpliwości, mimo czasem poczucia braku sensu lub lęku o bycie inaczej zrozumianą, mimo wstydu (bo przecież nie robię tego anonimowo, mam pracę, mam środowisko, w którym przebywam - wszędzie tam są znajomi, którzy mogą czytać, co piszę, i oceniać), mimo to, że systematyczność jest cechą, którą nie wiem, czy kiedykolwiek w czymkolwiek osiągnę.

A dlaczego piszę o codzienności? Zwyczajnie dlatego, że ją kocham. Nie jestem typem marzyciela, raczej osadzam się dość głęboko w realizmie i to o nim lubię najbardziej marzyć. Zwyczajność to coś, co mnie zachwyca i daje najwięcej inspiracji. A gdy, jak każdemu czasem, wydaje mi się nużąca i bez wyrazu, pisanie o niej sprawia, że wyszukuję w tej szarości momenty ważne, piękne, trudne, różne promyki i okazuje się, że tych odcieni jest więcej, niż mi się wydawało. Codzienność dostarcza mi najwięcej tematów i najbardziej pobudza moją kreatywność. 

Kurczę, naprawdę wydaje mi się, że to pisanie ma sens. Że to część mnie. I że mam za tym iść. 

Ściskam
Kasia L.

jeżyk z jabłkiem, akwarela

Dzień dobry w 2025 roku! 

To chyba najtrudniejsze podsumowanie roku, jakie przyszło mi do tej pory napisać. Bo jak ubrać w słowa cały rok zmian, zawirowań, momentów przepełnionych niewymowną miłością i szczęściem zmieszanych z tymi najczarniejszymi chwilami, gdy nie widać więcej niż tylko przerażenie i niemoc? Rok 2024 był zdecydowanie sinusoidą emocjonalną, rollercoasterem wydarzeń i w ogóle tymi takimi kostkami typu "story cubes", co za każdym rzutem wyskakuje nowa historia złożona z pozornie niezwiązanych ze sobą obrazków, a ty nie dość, że musisz się w tym połapać i odnaleźć, to jeszcze ułożyć z tego coś sensownego.

Ale dobrze, od początku. Jak wiecie (lub nie wiecie, bo w sumie na blogu nigdy nie dałam o tym znać), we wrześniu 2023 roku urodziłam synka. W styczniu 2024 roku mój maluch skończył 3 miesiące, a my weszliśmy w ten rok z całym bagażem trudów, których się nie spodziewaliśmy: jego problemami zdrowotnymi, ciągłymi wizytami u lekarzy, moją niekończącą się nadprodukcją pokarmu, która sprawiała, że bolało mnie praktycznie wszystko, depresją poporodową, a także kwestiami dotyczącymi każdego młodego rodzica: niepewnością, zmęczeniem i głową pełną wiadomości (często sprzecznych) o opiece nad niemowlakiem. Było niewymownie trudno, tak często nie widać było nadziei, a jednocześnie synek wniósł w nasze życie coś, z czego nigdy nie chcielibyśmy już zrezygnować - po prostu siebie jako odrębną, choć tak zależną od nas, wspaniałą osobę. 

Tak nam mijały pierwsze miesiące tamtego roku. Mówili, że łatwiej będzie po 3. miesiącu życia, potem, że po 6., potem, że po 9., po roczku... A ja czekałam i z całych sił starałam się w to wierzyć i trwać. No właśnie, cel na każdy dzień to było "przetrwać" - to już było tak dużo! Na szczęście byłam już wtedy w trakcie leczenia i pod opieką wspaniałych specjalistów, zarówno w kwestiach psychicznych, jak i w laktacji, która powiedzieć, że dawała się we znaki, to jak nic nie powiedzieć. A i wsparcia ze strony bliskich robiło się coraz więcej, za co jestem niesamowicie wdzięczna. Rzeczywiście wraz z upływem każdego miesiąca było się jakby troszeczkę łatwiej, aż w końcu synek nauczył się przemieszczać, a później siadać, i od tej pory zrobiło się zdecydowanie lepiej. Choć patrząc na nasze temperamenty spodziewaliśmy się wrażliwego na bodźce, spokojnego dziecka, Antoś zaskoczył nas swoim ruchliwym, energicznym, radosnym usposobieniem i układem nerwowym potrzebującym ciągłej stymulacji. Trochę mi zajęło nauczenie się tego człowieka, nie było to łatwe. Teraz za to nie wyobrażam sobie mieć "spokojniaczka", ta mała rakieta wnosi tyle dynamizmu i radości!

W nowy rok wkroczyłam, karmiąc mojego synka. Rolety były zasłonięte, żeby się nie budził, więc to był pierwszy raz, kiedy nie widziałam w okolicach północy ani jednego fajerwerka. Wyjątkowy sylwester i początek roku!

W styczniu skończyłam 29 lat, tym samym rozpoczynając ostatni rok "dwójki z przodu". Mój mąż ma taką tradycję, którą zresztą uwielbiam, że urządza mi dwutygodniowe świętowanie, zaczynając tydzień przed urodzinami i kończąc tydzień po - codziennie sprawia mi jakąś drobną niespodziankę. Dzięki temu co roku czuję, że ten czas jest wyjątkowy, a że ja swoje urodziny bardzo lubię, to tego stycznia zawsze trochę wyczekuję.

W marcu synek skończył pół roku, więc zaczęliśmy rozszerzanie diety. Nie powiem, szło opornie, ale było przy tym mnóstwo śmiechu (i bałaganu ;)). Tego dnia, jak co miesiąc w pierwszym roku jego życia, zrobiliśmy symboliczne świętowanie i nagraliśmy krótki filmik. Pamiętam, że miałam wtedy akurat grypę żołądkową, więc zamiast w ciastko, wbiliśmy świeczkę w chrupka kukurydzianego.

W maju zaczęłam poszukiwania psychoterapeuty, który pomógłby uporać mi się z depresją poporodową, która jednocześnie była w moim przypadku nawrotem tej choroby. Na szczęście bardzo szybko udało się znaleźć odpowiednią osobę i do dziś jestem bardzo zadowolona z wyboru. 
Oprócz tego odwiedziliśmy moją siostrę, szwagra i chrześniaka w Warszawie. Te wspólne chwile są tak rzadkie, odkąd mamy malutkie dzieci, że każda jest na wagę złota! A obserwowanie tego, jak nasi synkowie stopniowo zaczynają coraz bardziej zauważać swoją obecność, jest przezabawne. 

W lipcu synek mojej siostry skończył roczek! Zrobiliśmy z tej okazji małe świętowanie i spędziliśmy razem trochę czasu tu w Gdańsku.
Wybraliśmy się też naszą trójką na pierwsze rodzinne wakacje, do Elbląga. Spędziliśmy parę dni w super hotelu, bawiąc się, odpoczywając i spacerując po okolicach. 

W sierpniu świętowaliśmy okrągłe urodziny mojej mamy i jeszcze jedną, nie byle jaką, okazję! 

We wrześniu mój mały synek skończył ROCZEK! A ja po raz pierwszy przeżywałam urodziny swojego własnego dziecka. Zupełnie niecodzienne przeżycie, w końcu wtedy też niesamowicie dużo zmieniło się we mnie. Jestem z nas dumna, że tamtego dnia tak dzielnie i wspólnie (całą trójką) rozpoczęliśmy przygodę życia.
Świętowaliśmy też z mężem 5. rocznicę ślubu, wybraliśmy się na obiad na 32. piętro Olivia Star i to był strzał w dziesiątkę! Plus jedna z naszych pierwszych randek jako rodzice.

Październik i listopad minęły nam zwyczajnie, głównie na jesiennych spacerach i zabawach w bawialni. 

W grudniu nasz synek dostał swoją własną minikanapę i bardzo się z nią polubił. Oprócz tego szykowaliśmy się do świąt i staraliśmy się dbać o odpowiedni klimat, bo to pierwsze takie bardziej świadome święta Antosia. Jego zachwyt nad choinkami i światełkami był niesamowity!

I tak, rodzinnie, za wszelką cenę trzymając się razem i stawiając pierwsze kroczki ku lepszemu samopoczuciu, minął nam 2024 rok. A jakie plany na 2025? 

CO NAS CZEKA W 2025 ROKU?

Dwie takie dominujące sprawy, które jak na razie rysują się na ten rok, to:

    1) mój powrót do pracy i przeorganizowanie dotychczasowej rutyny;  
    2) dalsze leczenie i dążenie do dobrostanu.

W związku z tym (i nie tylko) moje PLANY I CELE NA 2025 ROK to:

✦ zadbanie o dobre jedzenie - przygotowywanie tygodniowych jadłospisów (chociaż takich orientacyjnych), robienie konkretnych zakupów pod posiłki, mealprep (czyli przygotowywanie niektórych posiłków czy obróbka produktów na kilka dni w przód) - chciałabym marnować mniej jedzenia i jeść razem z rodziną więcej sensownych posiłków;
✦ regularność w zgrywaniu zdjęć oraz tworzenie albumów - to coś, o czym marzę już od dawna, ale jestem beznadziejna w systematyczności; tutaj podjęłam już pierwsze kroki i zebrałam najważniejsze zdjęcia z 2024 roku;
✦ powrót do pisania i malowania;
✦ pilates/zdrowy kręgosłup - bardzo chciałabym raz w tygodniu, czy chociaż raz na dwa tygodnie, znaleźć trochę czasu na zajęcia grupowe, które poprawią trochę moją sprawność i może zaradzą części problemów z kręgosłupem, a przy okazji będą ciekawą odskocznią;
✦ przeczytać przynajmniej 12 książek;
✦ kontynuować odgracanie - gdy na świecie pojawił się Antoś, a wraz z zostaniem rodzicami, nasz czas i zasoby mocno się skurczyły, zrozumieliśmy, jak wiele zbędnych przedmiotów jest w naszym domu i ile czasu przez to marnujemy na sprzątanie i zaprzątanie sobie tym głowy; zaczęliśmy wtedy pozbywać się mnóstwa rzeczy i zobaczyliśmy, że im więcej wyrzucamy, tym lżej się czujemy. Powiem Wam, że to wciąga! Dziś już mamy o wiele mniej przedmiotów, a mimo to wydaje mi się, że jeszcze przynajmniej 1/3 jest zbędna.

Oczywiście mnie jako perfekcjonistkę-maksymalistkę kusi, żeby postanowić sobie więcej, bo przecież tyle jest wspaniałych rzeczy do zrobienia! Ale hamuję się i myślę sobie, że jeżeli w mojej obecnej sytuacji uda mi się dopełnić tych postanowień, to i tak będzie olbrzymi krok naprzód. A jak się nie uda, to... też będzie okej.

Życzę Wam wspaniałego roku, odwagi! :)

Ściskam,
Kasia L.

PS. Jak miło znów tu być!


Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O MNIE


Kasia Lewandowska

Polonistka pracująca jako bibliotekarz
i redaktor, spełniająca się też w roli pisarki.
Szczęśliwa żona ucząca się kochać życie
i wypełniać sensem każdy dzień.

Więcej o mnie: Szerzej o mnie i blogu

A na co dzień udzielam się tu: instagram.com/wczesnymrankiem

Zapraszam!


(fot. Justyna Szyszka / bezflesza)

LUBIANE WPISY

  • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
  • Wspieraj się jesienią
  • Z pamiętnika #3: Trójka z przodu
  • Po co piszę?
  • Najlepsze, co może przytrafić się zawodowo to zawiedzione marzenie

INSTAGRAM

instagram @wczesnymrankiem

ARCHIWUM

  • ▼  2025 (5)
    • ▼  grudnia (1)
      • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
    • ►  listopada (1)
      • Wspieraj się jesienią
    • ►  sierpnia (1)
      • Z pamiętnika #3: Trójka z przodu
    • ►  czerwca (1)
      • Po co piszę?
    • ►  marca (1)
      • 2024 -> 2025
  • ►  2023 (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2022 (34)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2021 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (2)

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Miło mi!
Dzięki, że jesteś i czytasz :)

Copyright © wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki. Designed & Developed by OddThemes