wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki
  • STRONA GŁÓWNA
  • CODZIENNOŚĆ
    • Radości
    • Refleksje
    • Organizacja
    • Chwila dla siebie
    • Z pamiętnika
  • KREATYWNIE
    • Opowiadania
    • Dom
    • Sztuka
  • POLONISTYKA
    • Pisanie
    • Książki
    • Studia polonistyczne
      i edytorstwo
  • OKOŁOPSYCHOLOGICZNE
  • POLECAM
  • O MNIE I BLOGU / KONTAKT
nowy wpis w każdy wtorek o 19:00


 

zamknięte oczy, rumieńce, akwarela

Ponad rok temu, zupełnie przez przypadek, wpadła mi w ręce malutka, cienka książeczka: "Stanowczo, łagodnie i bez lęku czyli 13 wykładów o asertywności" Marii Król-Fijewskiej. Jako że asertywność to temat mi bliski na zasadzie przeciwieństw ;), a objętość pozycji zachęcała do prędkiej lektury, z ciekawością zaczęłam ją zgłębiać. Czytając, byłam zaszokowana, jak bardzo ona jest o mnie (i, jak mniemam, o wszystkich, którym asertywność przychodzi z trudem).

Wiele treści pracuje w mojej głowie, a sam tytuł został takim moim mottem, gdy trenuję asertywność - przypomina mi, w jaki sposób konstruktywnie i z chęcią dobra dla siebie i innych odmawiać, czyli właśnie łagodnie, stanowczo i bez lęku (wspominałam o tym we wpisie Wolność a stawianie granic). Książeczka jest już stosunkowo stara, więc nie każdy będzie miał szansę do niej dotrzeć, ale hej, od tego masz mnie! Treści w niej zawarte są cały czas aktualne, a mnie bardzo pomogły i ułożyły wiele spraw w głowie, dlatego z chęcią posłużę się tą pozycją i nakreślę to, co uważam za szczególnie praktyczne i ważne w temacie asertywności. 

ozdobna linia roślinna, akwarela

Czym w ogóle jest asertywność? Potocznie definiuje się ją jako umiejętność odmawiania. To jednak znacznie więcej:

Asertywność to umiejętność pełnego wyrażania siebie w kontakcie z inną osobą czy osobami. Zachowanie asertywne oznacza bezpośrednie, uczciwe i stanowcze wyrażenie wobec innej osoby swoich uczuć, postaw, opinii lub pragnień, w sposób respektujący uczucia, postawy, opinie, prawa i pragnienia drugiej osoby*.

Z takiego ujęcia wynika, że asertywność nie polega właściwie na odmawianiu, ale na postawie naturalności w kontaktach z innymi oraz umiejętności komunikowania swoich poglądów, emocji czy potrzeb tak, aby pozostawić dla drugiej osoby przestrzeń do realizacji tych samych praw. Gdyby więc np. ktoś mówił mi "nie uda ci się tego zrobić, nie warto", a ja odpowiedziałabym "Myślę inaczej. Chcę spróbować to zrobić" - to też byłoby zachowaniem asertywnym.

Pamiętasz, gdy pisałam o osobowościach - we wpisie Jestem introwertykiem i dobrze mi z tym (już) - że introwertyzm i ekstrawertyzm są na przeciwległych stronach pewnej skali, na której środku znajduje się ambiwertyzm? Podobnie jest z asertywnością: sytuuje się ona gdzieś na środku skali, której punktami końcowymi są z jednej strony uległość, a z drugiej - agresja. Sztuka asertywności to właściwie niepopadanie ani w jedną, ani w drugą skrajność. 

Co ważne, asertywność nie jest zachowaniem wrodzonym i stałym. Wynika z nauczenia się w różnych sytuacjach określonego sposobu określonego sposobu przeżywania i reagowania. Nowina jest więc pozytywna: asertywności można się (na)uczyć!

Wiele razy byłam w sytuacji/relacji, w której nie czułam się dobrze. Mówiąc wprost: czułam się nierównym partnerem rozmowy, czasem nawet miałam poczucie bycia w pewien sposób wykorzystaną (np. jako ta, która wszystkich i zawsze wysłucha), choć jestem przekonana, że w większości przypadków dane osoby robiły to zupełnie nieświadome, bez złych intencji. Powody zachodzenia takich mechanizmów doskonale tłumaczy Fijewska: 

Teoretycy asertywności przykładają wielką wagę do stanowienia i obrony własnych praw. Rozumują następująco: jeżeli człowiek kontaktując się z innymi nie zdecyduje się na samodzielne określenie swoich praw, inni - z konieczności - określą za niego jego rolę. A wówczas przestanie on być sobą.

Jeżeli nie wyznaczę swoich granic i nie powiem, kim jestem, nie daję drugiej osobie szansy na uszanowanie tego. Ona siłą rzeczy nada mi jakąś rolę w rozmowie/relacji, bo tak działają procesy społeczne. Tym samym istnieje duża szansa, że wpadniemy w nieporozumienie czy układ niesatysfakcjonujący.

Postawę asertywną możemy w sobie wesprzeć przez pozytywny monolog wewnętrzny. Bardzo często przeszkodą w zachowaniach asertywnych jest "głos w głowie", który mówi mi różne negatywne, nieprawdziwe rzeczy: że nie dam rady, że nie wolno denerwować i zasmucać innych, że będą się ze mnie śmiać, że wyrażę swoje zdanie w bardziej sprzyjających warunkach itp.

Cała ta samoniszcząca działalność człowieka jest możliwa tylko dzięki temu, że nie jest on w pełni świadomy tego, co do siebie - wewnętrznie - mówi i zwykle zupełnie nieświadomy, jak niekorzystnie to na niego wpływa. Świadomość jest wielkim atutem rozwojowym człowieka. Będąc świadomymi treści swego monologu wewnętrznego oraz wpływu, jaki wywierają one na nasze zachowanie, możemy zdecydować się wykorzystać ten monolog jako podporę, a nie przeszkodę w naszym rozwoju. Poprzez "samowychowanie" możemy zmienić sposób w jaki - z przyzwyczajenia - traktujemy samych siebie.

W skrócie, podstawą narracji pro-asertywnej jest zbudowanie w sobie przeświadczenia, że ja "jestem OK i ty jesteś OK" - czyli postawy równości i traktowania samego siebie i rozmówcy z szacunkiem. Czasem łatwo nam przyznać, że inni mają prawo zezłościć się czy zasmucić, wyrazić swoje poglądy, ale jeżeli mielibyśmy samym sobie dać takie samo prawo, nie byłoby już tak łatwo.

Umiejętność mówienia "nie" jest więc tylko jedną z części składowych asertywności. Maria Król-Fijewska w swoich wykładach opublikowanych w książce wyróżnia jeszcze takie zagadnienia związane z asertywnością:

  • monolog wewnętrzny,
  • obrona swoich praw poza sferą osobistą,
  • inicjatywa w kontaktach towarzyskich,
  • asertywne przyjmowanie ocen,
  • reagowanie na krytykę i atak,
  • wyrażanie uczuć pozytywnych,
  • zakłopotanie,
  • wyrażanie gniewu,
  • wyrażanie własnych opinii i przekonań,
  • poczucie winy i krzywdy,
  • asertywność w kontakcie z samym sobą.

Asertywność, według mnie, to właśnie - jak to pięknie określa Fijewska - bycie bliżej siebie, to znaczy respektowanie swoich praw, szczególnie prawa do bycia sobą (oczywiście w sposób respektujący prawa innych). Jednym ze sposobów na to jest łagodny, ale stanowczy komunikat oparty na fakcie: faktem jest, że czuję się tak i tak, faktem jest, że ktoś/coś naruszył moje granice, faktem jest, że ważne jest dla mnie... itp.

ozdobna linia roślinna

Na koniec chciałabym jeszcze podzielić się z Tobą, jakimi zasadami kieruję się, wdrażając asertywność do mojej codzienności:

1. Staram się dać jak najprostszy, krótki i klarowny komunikat (dobierając słowa decyzyjne, typu "tak", "nie", a unikając słów sugerujących wahanie, np. "być może", "raczej nie").

2. Jeżeli czuję na sobie zbyt dużą presję, proszę o czas do namysłu.

3. Dbam o to, by dominującą częścią narracji mojego wewnętrznego monologu były słowa wsparcia i uznania własnych praw, typu "mam prawo odmówić", "mam prawo wyrażać swoje zdanie", "mam prawo mówić o swoich uczuciach", "mam prawo wysłuchać drugą osobę" itp. - wtedy jest mi łatwiej zachowywać się w sposób asertywny na co dzień. Tak rozumiane zachowania asertywne prowadzą do stawania w prawdzie i pokazania siebie otoczeniu dokładnie takim, jakim rzeczywiście się jest. Piękno w prostocie.

ozdobna linia roślinna, akwarela

Asertywność warto ćwiczyć. A przede wszystkim nie wyrzucać sobie, że "znowu poszło nie tak, jak zaplanowałam/łem", tylko doceniać siebie za każdą sytuację, w której wyraziłam/łem siebie przez komunikat wypowiedziany w sposób stanowczy, łagodny i bez lęku. 

Ściskam
Kasia L.

 

----

*Wszystkie cytaty pochodzą z: M. Król-Fijewska, "Stanowczo, łagodnie i bez lęku czyli 13 wykładów o asertywności", Warszawa, wyd. Intra, 1993.

abstrakcyjne morze o zachodzie słońca, akwarela

To nie będzie wpis teoretyczny. Myślę, że wiele z nas spotkało się już z tematem stresu i tego, jaki może on mieć wpływ na funkcjonowanie. Wiemy, że jest stres "dobry" (eustres), który motywuje do działania i stres "zły" (dystres), który jest często destrukcyjny, a przynajmniej negatywny dla naszego organizmu. Potraktuj ten wpis raczej jako case studies, opis przypadku, ściślej - mojego przypadku.

Rok 2019 zdecydowanie mogłabym określić dwoma słowami: przewlekły stres. Mijają już 3 lata, a ja nadal mierzę się z jego skutkami, dlatego uznałam za ważne opowiedzieć tutaj o tym.

Miejsce, w którym w tamtym czasie pracowałam, z różnych względów przysparzało mi stresu i nakładało na mnie dużą presję. Nie radziłam sobie z tym, ale była to pierwsza praca w zawodzie, prestiżowa i byłam z niej dumna. Łączyłam ją ze studiami, w czerwcu miałam oddać magisterkę, w lipcu się bronić i podpisać pierwszą w życiu umowę o pracę, a we wrześniu wziąć ślub, przeprowadzić z domu rodzinnego, dwa tygodnie później wyjechać na zaplanowaną wycieczkę do Izraela. Sporo wyzwań, jak na jeden rok, co? Powiedzcie to mnie z tamtego czasu, która zawsze uważała, że da radę.

To był piękny rok - najważniejszy w moim życiu. Od dziecka wiedziałam, że chcę być żoną, matką i wieść spokojne domowe życie w zwykłej codzienności, takiej z pracą, obowiązkami domowymi, rodziną i przyjaciółmi. Po latach mierzenia się z trudami edukacji i chwiejnością nastoletniego życia moje marzenie zaczęło się spełniać. Przygotowywałam się do małżeństwa z osobą, z którą wiedziałam (wiem!), że chcę tę rzeczywistość dzielić do końca życia.

To jednak nie zmienia faktu, że był to ciężki rok. Myślałam, że odpocznę, gdy tylko się obronię. Nie miałam na to jednak czasu - mogłam pozwolić sobie jedynie na krótki urlop, w trakcie którego intensywnie zwiedzałam. Ot, uroki początków pracy na etat. Oboje z mężem wracaliśmy późno, a po powrocie trzeba było jeszcze przecież zrobić obiad, posprzątać, umyć się i przygotować na kolejny dzień. Gdzie w tym wszystkim czas dla nas? Padaliśmy na twarze jak tylko udało nam się ogarnąć i nadchodził kolejny dzień.

Przeciążenie zaczęło dawać się we znaki. Od zaciśniętych całymi dniami ze stresu mięśni żuchwy i pleców bolała mnie głowa, kotłujące się myśli dawały poczucie fizycznego zmęczenia, którego nie dało się zlikwidować. Coraz częściej wracałam do domu i płakałam. Jednocześnie dalej "robiłam swoje".

Miałam gdzieś z tyłu głowy, że coś jest nie tak, że to wszystko nie powinno tak wyglądać, ale tak naprawdę stanowcze "nie" powiedziałam dopiero wtedy, gdy przyszedł pierwszy atak paniki. Lepiej późno niż wcale, mówią. Podjęłam pierwsze decyzje o udaniu się do specjalisty, który nauczyłby mnie redukować stres i odpoczywać, zostawiając perfekcjonizm daleko ze sobą. Wiedziałam też, że jeśli chcę, by coś się zmieniło, muszę wiele odpuścić oraz zmienić dotychczasowy styl życia. Chociaż wymagało to ode mnie wiele odwagi, zaczęłam szukać nowej pracy, w innym zawodzie - miejsca, które dałoby mi przestrzeń psychiczną, bo w tamtym czasie psychicznie się dusiłam.

Ponad dwa lata później jestem już w innym miejscu, dużo spokojniejsza, niemal całkowicie zdrowa, mająca czas dla siebie i najbliższych, chętnie realizująca swoje pasje (m.in. pisanie tego bloga!), spacerująca i bardziej radosna. O mojej teraźniejszości opowiadam tutaj regularnie, a jako że chciałabym, żeby ten post był nieco inny, uwrażliwiający już na pierwsze symptomy przewlekłego stresu czy przeciążenia, to przedstawię Wam jeszcze po krótce, jakie błędy popełniłam, będąc w kryzysie.

1. Ignorowałam objawy psychosomatyczne

Mogą one być różne: bóle mięśni, ucisk w klatce piersiowej, duszność, nudności, wymioty, bezsenność, nadmierna senność - można tak wymieniać w nieskończoność. One ZAWSZE coś mówią, sygnalizują. Organizm jest niesamowicie mądry i naprawdę szybko daje znać, że coś jest nie tak. Ale jest też niesamowicie wytrzymały, więc jeśli zignorujesz jego sygnały i będziesz dalej forsować - długo wytrzyma. Niestety (albo i na szczęście) nie bez konsekwencji.

2. Nie byłam asertywna, stanowcza

Pozwalałam sobie na tzw. kopanie leżącego. Nie stawiałam granic, nie próbowałam nawet - choćby miało to nie zadziałać. Sama sobie - tej części mnie, która tłumaczy wszystkich i wszystko - też nie powiedziałam nigdy: Kasiu, już wystarczy. Nie odcięłam tego, co wpływało na mnie destruktywnie. Płakałam po kątach, zamiast rozpłakać się konkretnym osobom w twarz czy w konkretnych sytuacjach, nie czekając do wieczora. To nic złego okazywać emocje. To nic złego, że czegoś nie chcę, że z czymś sobie nie radzę. Ponadto, gdy czuję się zagrożona, przeciążona - mam prawo i obowiązek zadbać o swoje bezpieczeństwo, w każdym sensie tego słowa. Gniew daje energię do działania, zmiany sytuacji niekomfortowej. Stłamszony zamieni się w poczucie przytłoczenia, przygnębienia.

3. Myślałam "jeszcze dam radę"

Zrobiłam z siebie samopoświęcającą się bohaterkę. W imię czego? Każdy lubi myśleć, że jest niezastąpiony, każdy lubi czuć się ważny, to jasne. Ale nie każdym kosztem warto o to zabiegać. Właściwie zadaję sobie pytanie, czy w ogóle należy o to zabiegać, czy nie uwłacza to godności człowieka, którą mamy niezależnie od tego, co sądzą czy jak postępują wobec nas inni. To jednak inny temat. Jakoś beze mnie tamta firma sobie radzi, a ja bez niej radzę sobie sto razy lepiej. W każdej chwili można powiedzieć STOP. Pewnie, jeszcze damy radę, ale pytanie brzmi: po co? Teraz razem z mężem coraz częściej pytamy siebie nie o to, czy damy radę, ale: Czy to mi służy? 

4. Zapomniałam o priorytetach

Każdy z nas ma w życiu wyznaczoną swoją listę priorytetów, hierarchię wartości. Ja o mojej zapomniałam. Przecież sfera zawodowa nigdy nie była dla mnie na pierwszym miejscu, a tymczasem przez ponad rok przedkładałam ją nad moje prawdziwe priorytety. Wydawało mi się, że nie ma powodu do zmian, że w każdej pracy jest ciężko, że każdy ma dużo na głowie. Jasne, że tak, ale to, że JA czuję się źle, to już wystarczający powód, żeby chociaż zastanowić się nad tym, co dla mnie ważne. Nie ma co porównywać się z innymi. Bałam się też o moje CV, że będzie ubogie w doświadczenia. Ogólnie kierował mną w dużej mierze lęk, z każdej strony.

5. Byłam wyrozumiała dla innych, ale nie dla siebie

Gdyby ktoś powiedział mi, że jest właśnie w trakcie planowania ślubu, pisania magisterki, planowania wyjazdu za granicę, do tego studiuje i pracuje, a niedługo się przeprowadza, od razu powiedziałabym: Matko, musi Ci być ciężko! Nie wzięłaś/wziąłeś za dużo na głowę? Jak mogę Ci pomóc? Jak się możesz domyślić, sobie tego nie powiedziałam. Uważałam, że muszę dalej, więcej, lepiej. Że to, co mam, to nie tak wiele. A w praktyce przeżywałam największą życiową zmianę. Brakowało mi w tym swojego towarzystwa. Brakowało przyzwolenia samej sobie na odpuszczenie i bycie dla siebie wyrozumiałą, kochającą - taką, jaką zawsze chciałam i chcę być dla innych.

ozdobna linia roślinna, akwarela

To tylko kilka błędów, które w tamtym czasie popełniłam. Nie winię się za nie, bo wiem, jak trudny to był dla mnie czas i że nie miałam po prostu zasobów psychicznych (czy zwyczajniej: siły) zrobić tego, co być może zrobiłabym dzisiaj. Zresztą decyzje podejmujemy na podstawie wiedzy i doświadczeń, które mamy w danym czasie. Wtedy miałam inne, dziś mam inne. Właściwie jestem wdzięczna za to doświadczenie przewlekłego stresu. Dzięki temu wiem, na co nigdy nie chcę sobie w pracy pozwalać, znam lepiej swoje granice. Lepiej rozporządzam czasem, zostawiam sobie znacznie więcej wolnego. I w końcu: rozumiem osoby, które przeżywają podobne trudności, potrafię empatycznie wysłuchać. No i mogę dzielić się tym doświadczeniem, choćby tutaj. 

Przewlekły (tzn. trwający długo, wpływający negatywnie) stres to poważna sprawa. To musi wybrzmieć. Jeżeli coś zapamiętasz z tego wpisu, to mam nadzieję, że właśnie to. Dlatego dodam jeszcze garść informacji, które być może pomogą Tobie lub komuś znajomemu w zdaniu sobie sprawy z powagi sytuacji i rozpoznaniu symptomów.

Jak rozpoznać przewlekły stres? Objawy:

  • zmęczenie mimo snu o odpowiedniej długości
  • zaburzenia snu (nadmierna senność lub trudności z zaśnięciem, częste przebudzanie się)
  • napięcie i drżenie mięśni
  • osłabienie, zmniejszenie odporności
  • ciągłe uczucie rozdrażnienia, napięcia wewnętrznego
  • spadek libido
  • bóle (zwykle brzucha, klatki piersiowej, głowy) 
  • problemy trawienne

Długotrwały stres może mieć poważne skutki zdrowotne, takie jak problemy z sercem, choroby skóry, bezsenność, depresja, zaburzenia lękowe, schorzenia układu trawiennego, nadwaga/niedowaga i inne.

Osoba, która przeżywa chroniczny stres, często nie jest w stanie dbać o dobre nawyki i zdrowy styl życia (a przynajmniej było tak w moim przypadku). Dlatego jeżeli czujesz, że stres zaczyna mieć na Ciebie negatywny wpływ, warto zawczasu wypracować dobrą rutynę, która wspomoże redukcję stresu. Należą do niej takie elementy jak:

  • aktywność fizyczna (lekarze zalecają przynajmniej 30 minut dziennie)
  • zdrowa dieta (wiadomo, możliwości czasowe i finansowe są różne; ważne, żeby chociaż włączyć do swojej diety potrzebne elementy, tzn. owoce i warzywa, ryby, orzechy itp.)
  • ograniczanie bodźców (np. na godzinę przed pójściem spać nieużywanie ekranów; w trakcie dnia robienie krótkich ćwiczenia uważności i relaksacji)
  • odpowiednie nawodnienie (ok. 2 litry wody dziennie)
  • dobry sen (w miarę możliwości)
  • wypoczynek (troska zarówno o ten pasywny, jak i aktywny wypoczynek, kontakt z ludźmi itp.)
  • hobby (najlepiej takie niezwiązane z pracą i codziennymi obowiązkami)

Są to oczywiście przykłady objawów, skutków i sposobów na redukcję stresu. Nie jestem lekarzem ani terapeutą, a wiedza, którą chcę przekazać, pochodzi przede wszystkim z moich osobistych doświadczeń. Każdy przeżywa stres inaczej, każdy ma inną sytuację życiową. Tak czy inaczej, warto być wrażliwym na pierwsze przesłanki negatywnego wpływu stresu na naszą codzienność.

ozdobna linia roślinna, akwarela

Jeżeli odczuwasz stres, który trwa już długo i obniża jakość Twojego życia, lepiej zacznij działać już teraz. Może będzie potrzebne odcięcie niektórych ludzi/spraw/obowiązków? Może rozmowa z kimś? Zmiana/korekta stylu życia? A może tylko (aż) danie sobie więcej czasu dla siebie?

Ściskam
Kasia L.

serce, 5 języków miłości, akwarela

Dlaczego druga osoba mówi mi, że nie czuje się kochana, mimo że przecież okazuję jej miłość? Skąd tyle konfliktów w moim małżeństwie? Jak mogę lepiej wyrażać miłość? Czego ja sam(a) w relacji potrzebuję? Co dalej, gdy mija zakochanie? I w końcu: czy da się kochać kogoś, kogo się nienawidzi?

Ten wpis jest ważny. Teoria, którą zaraz spróbuję przedstawić, jest naprawdę pomocna w poznaniu siebie, a także okazywaniu miłości partnerowi/partnerce i innym bliskim osobom. Jej poznanie wiele mi rozjaśniło i nauczyło słuchać i widzieć lepiej potrzeby drugiego człowieka. 

Ja teorię 5 języków miłości gdzieś zasłyszałam, parę ładnych lat temu. Już wtedy ją doceniłam i wprowadziłam do swojego życia. Ostatnio zaś uzupełniłam ją o wiedzę źródłową - przeczytałam książkę "5 języków miłości" autora koncepcji, amerykańskiego psychoterapeuty Gary'ego Chapmana. W dalszej części postu postaram się przybliżyć założenia oraz sposoby realizacji, posługując się wspomnianą książką i moimi doświadczeniami. 

ozdobna linia roślinna, akwarela

Chapman, przez wiele lat praktykując pomoc parom w kryzysach, doszedł do wniosku, że problemy w związkach układają się w kilka logicznych zakresów - ściślej rzecz biorąc, w pięć. Na poziomie tych pięciu obszarów powstają nieporozumienia i napięcia między małżeństwami. Wprowadzając do terapii przyjęte przez siebie założenie, Chapman odkrył, że skutecznie pomaga wielu parom. W ten sposób powstała jego koncepcja pięciu języków miłości.

Zakłada ona, że każdy człowiek okazuje i przyjmuje miłość w jeden z pięciu sposobów, nazywany językiem ojczystym, oraz często posługuje się drugim dodatkowym językiem. Poczucie pustki w relacji, bycia niekochanym, zaniedbanym wynika z tego, że partner/partnerka nie mówią do Ciebie językiem, który jest Twoim ojczystym. Podobnie w drugą stronę: możesz okazywać miłość drugiej osobie na różne sposoby, ale jeżeli nie okazujesz jej w sposób, który jest dla tej osoby najbardziej naturalny - może nie odczuwać tego, co chcesz jej przekazać. Staje się to szczególnie problematyczne, gdy (zwykle po mniej więcej dwóch latach związku) wygasa zakochanie.

Chodzi więc o to, aby odkryć swoje języki miłości, nauczyć się mówić językami drugiej osoby (jeśli są różne od Twojego, co często się zdarza) i w ten sposób dbać o to, by jej zbiornik miłości był regularnie napełniany.  

Wierzę, że najbardziej podstawową potrzebą emocjonalną jest pragnienie bycia kochanym (...) Dzięki napełnionym zbiornikom na miłość [małżonkowie] mogą pracować nad swoimi konfliktami w sposób znacznie bardziej twórczy i znajdować skuteczne rozwiązania*.

Do rzeczy. Jakie są języki miłości?


1. Wyrażenia afirmatywne

Jednym ze sposobów emocjonalnego wyrażania miłości jest używanie budujących słów. Król Salomon, autor starożytnych biblijnych ksiąg dydaktycznych, napisał: "Życie i śmierć są w mocy języka". Wiele par nie jest świadomych niezwykłej mocy wzajemnej werbalnej afirmacji. Tymczasem Salomon zauważył również: "Smutek przygnębia serce człowieka, rozwesela je dobre słowo".

Są to wszelkiego rodzaju pochwały, komplementy - po prostu miłe słowa uznania skierowane do drugiej osoby. Ważne, żeby były szczere i konkretne. Jeżeli jest to język ojczysty Twojej partnerki/partnera, ćwicz posługiwanie się nim poprzez dostrzeganie małych i dużych pozytywów w codziennym życiu z nią/nim i mów o tym na bieżąco. 

Chapman spośród wyrażeń afirmatywnych wyróżnia: komplementy, słowa ośmielające, uprzejme słowa, słowa pełne pokory oraz pozostałe formy afirmacji. Jak widać możliwości jest wiele, a kluczem wydaje się szczerość i różnorodność.

Przykłady wyrażeń afirmatywnych:

  • Dziękuję, że to dla mnie zrobiłeś/aś.
  • Widzę, że to dla Ciebie trudne i doceniam, że mimo to robisz to.
  • Pięknie wyglądasz w tej sukience/koszuli, podkreśla Twoją karnację!
  • Potrafisz mnie rozbawić!
  • Czuję się przy Tobie bezpiecznie.
  • Bardzo ciekawie opowiadasz.

2. Dobry czas

Jako "dobry czas" rozumiem całkowite skupienie się na kimś. Nie mam na myśli siedzenia na kanapie i wspólnego oglądania telewizji. Gdy spędzasz czas w ten sposób, twoja uwaga skupiona jest na danym programie, nie zaś na współmałżonku. Chodzi mi o siedzenie obok siebie, przy wyłączonym telewizorze, patrzenie sobie w oczy i rozmawianie, całkowite skupienie się na sobie nawzajem. Warto też pójść na spacer tylko we dwoje albo wybrać się na kolację, patrzeć na siebie i rozmawiać.

Ten język miłości dotyczy czasu spędzanego wspólnie, ale nie przypadkowego, przy Netflixie scrollując media społecznościowe. Chodzi tu o wartościowy czas, w którym skupiasz się tylko na drugiej osobie. Osoby posługujące się tym językiem poczują się kochane właśnie przez to, że podarujesz im 100% uwagi z kawałka swojego dnia i angażujesz się w tym czasie tylko w relację z nimi. Mogą to być oczywiście rzeczy zarówno mniejsze, jak i większe - byle regularnie (co zresztą dotyczy wszystkich języków miłości).

Gdy siedzę z moją żoną i przez dwadzieścia minut skupiam się tylko na niej, a ona robi to samo dla mnie, oddajemy sobie po dwadzieścia minut życia. Ten czas już nigdy do nas nie wróci, każde z nas oddaje drugiemu swoje życie. To bardzo wyrazisty sposób komunikowania miłości.

Przykłady dobrego czasu:

  • wyłączenie telefonów i rozmowa w cztery oczy 
  • zapytanie "Jak minął Ci dzień?" czy "Jak się dziś masz?" i skupienie się tylko na osobie, ustosunkowanie się do odpowiedzi
  • zaproponowanie wspólnego wyjścia do kina, a potem podzielenie się wrażeniami przy herbacie
  • piknik w parku
  • poważne i mniej poważne rozmowy w łóżku przed snem
  • wspólny posiłek bez rozpraszaczy
  • wspólna aktywność fizyczna

3. Przyjmowanie podarunków

I nie chodzi tu wcale o naszyjniki z diamentami raz w miesiącu. Prezentem może dużo więcej niż myślisz, ogranicza Cię tylko wyobraźnia. Chodzi o to, żeby darując coś drugiej osobie, wyrazić tym samym miłość do niej - ona, jeżeli posługuje się tym językiem, odbierze każdą małą niespodziankę jako wyraz Twojej troski i tego, że o niej myślisz. 

Dar to coś, co możesz wziąć w ręce i powiedzieć: "On myślał o mnie" albo: "Pamiętała o mnie". Musisz rzeczywiście o kimś myśleć, żeby dać mu podarunek. Sam dar jest symbolem tego myślenia. Nie jest ważne to, czy kosztował dużo pieniędzy. Ważne jest to, że o nim pomyślałeś. I nie chodzi tu wyłącznie o myśl zamkniętą w umyśle, ale o myśl wyrażoną poprzez zabezpieczenie prezentu i przekazanie go jako wyrazu miłości.

Przykłady podarunków:

  • karteczka "Dobrego dnia!" dorzucona do pudełka z drugim śniadaniem do pracy
  • muszelka znaleziona podczas spaceru na plaży
  • ulubiona słodycz czy przekąska kupiona przy okazji zakupów, na które się wybrałeś/aś

  • wszelkiego rodzaju własnoręcznie wykonane prezenty: kartki okolicznościowe, album ze zdjęciami, płyta CD z Waszymi ulubionymi piosenkami, uszyta samodzielnie maskotka itd.

Jeżeli zaś chodzi o święta, urodziny, rocznice i inne okazje, myślę że dodatkowym atutem będzie sprawienie prezentu, o którym Twój partner/partnerka mówili kiedyś, że chcieliby dostać. Polecam spisywać sobie np. w telefonie pomysły, gdy akurat druga osoba wspomina, że coś by się jej przydało i przy okazji te pomysły realizować. Będzie to dodatkowo sygnał, że słuchasz osoby, na której Ci zależy.

4. Drobne przysługi

Michelle siedziała w salonie ze swoim laptopem. Słyszała dźwięki, które dochodziły z pomieszczenia gospodarczego, gdzie jej mąż Brad nadrabiał zaległości w praniu. Michelle uśmiechnęła się. Ostatnio Brad wysprzątał mieszkanie, ugotował kolację i zajmował się różnymi drobnymi sprawami, bo Michelle przygotowywała się do egzaminów końcowych na studiach. Michelle była z tego bardzo zadowolona. Czuła się... kochana!

Zbiornik miłości osoby, której językiem ojczystym są drobne przysługi, będzie się napełniał, gdy ta doświadczać będzie pomocy. Chodzi zarówno o codzienną pomoc przy obowiązkach domowych, jak i o inne wyrazy troski - pomoc w rozwiązaniu problemu, czasem wyręczenie w zrobieniu czegoś itp. Przez drobne przysługi można okazać wsparcie i partnerstwo w codziennym życiu.

Przykłady drobnych przysług:

  • naprawa kranu, z którą się zwlekało
  • odkurzenie mieszkania, mimo że nie lubi się tego robić
  • pomoc w niesieniu zakupów czy zrobieniu listy zakupów
  • zaproponowanie wyręczania w czymś, gdy druga osoba czuje się przeciążona
  • wyniesienie śmieci, gdy wiesz, jak bardzo druga osoba nie lubi tego robić
  • pomoc w nauce czy sprawach organizacyjnych
  • przyniesienie ciepłej herbaty przeziębionej partnerce/partnerowi

5. Dotyk 

Od dawna wiadomo, że dotyk jest jednym ze sposobów komunikowania miłości. Liczne badania dotyczące rozwoju dzieci doprowadziły do następujących ustaleń: dzieci, które się przytula i całuje, mają później zdrowsze życie emocjonalne niż dzieci, które przez długi czas są pozbawione kontaktu fizycznego (...) Dotyk jest też potężnym środkiem przekazywania miłości małżeńskiej. Trzymanie się za ręce, całowanie, przytulanie i akt płciowy to sposoby komunikowania miłości drugiej osobie. W przypadku niektórych osób dotyk to ojczysty język miłości - jeśli go brakuje, czują się niekochane. 

Dotyk może przybierać różne formy. W tym języku miłości chodzi po prostu o kontakt fizyczny. Jako osoba, której jest to język ojczysty mogę powiedzieć, że cieszą mnie słowa docenienia, dobry wspólnie spędzony czas czy drobne przysługi, ale szczególnie kochana czuję się właśnie wtedy, gdy ktoś mnie przytuli czy wyrazi swoją sympatię przez poklepanie po ramieniu lub zbicie piątki. Oto właśnie chodzi w wyrażaniu i odbieraniu miłości przez dotyk. 

Wszystko, co jest mną, zawiera się w moim ciele. Dotknąć mojego ciała oznacza dotknąć mnie. Odsunąć się od mojego ciała to zdystansować się ode mnie emocjonalnie.

Przykłady okazywania miłości przez dotyk:

  • buziak w policzek przy spotkaniu serdecznej przyjaciółki/energiczne podanie ręki kumplowi
  • objęcie ramionami partnera/partnerki po ciężkim dniu i wspólne leżenie bez słów
  • całus w usta przed wyjściem do pracy
  • wesołe szturchnięcie nogą pod stołem
  • poklepanie po ramieniu na pocieszenie czy wyraz aprobaty

ozdobna linia roślinna, akwarela

To, co dla mnie - oprócz samego wskazania i wyjaśnienia języków miłości - ważnego wypływa z książki Chapmana to, że MIŁOŚĆ TO WYBÓR. Zakochanie mija, fascynacja drugą osobą przeradza się w codzienność i prozę życia, która może być (i jest!) piękna, jeżeli podejmie się wysiłek i codziennie wybiera kochanie drugiej osoby. Chapman odpowiada w książce nawet na tak trudne pytanie jak to, czy da się kochać kogoś, kogo się nienawidzi.

Niech treść całego tego wpisu podsumuje sam autor "5 języków miłości":

Odkrywamy ojczysty język miłości naszego współmałżonka i postanawiamy się nim posługiwać, niezależnie od tego, czy przychodzi nam to łatwo (...) Robimy to dla jego lub jej dobra. Chcemy zaspokajać emocjonalne potrzeby współmałżonka i staramy się mówić jego językiem miłości. W ten sposób dbamy o napełnienie zbiornika na miłość i możemy liczyć na wzajemność oraz na to, że nasz współmałżonek przemówi naszym językiem. Gdy tak się stanie, odzyskujemy właściwe uczucia i nasz zbiornik na miłość też zaczyna się wypełniać. Miłość to kwestia wyboru i każde z nas może dokonać go już dziś.

ozdobna linia roślinna, akwarela

Na koniec jeszcze kilka miejsc, w których znajdziesz przydatne informacje dotyczące koncepcji:

  • książki:

G. Chapman, "Pięć języków miłości" - wersja podstawowa 

oraz wersje: dla singli, dla mężczyzn, "Pięć dziecięcych języków miłości", "365 dni z językami miłości"

  • filmy na YouTube:

Akrobatyka małżeńska [#20] Pięć języków miłości

RTCK Espresso [#2] 5 Języków Miłości (Gary Chapman)

  • testy:

wersja polska: https://mk-pl.github.io/5-jezykow-milosci/
wersja oryginalna (angielska): https://www.5lovelanguages.com/quizzes/love-language

ozdobna linia roślinna, akwarela

Mam nadzieję, że wpis Cię zaciekawił i że weźmiesz z niego coś dla siebie, a jeżeli koncepcja 5 języków miłości jest Ci już znana - może podzielisz się treścią z innymi.

Ściskam
Kasia L.

---
Wszystkie cytaty pochodzą z książki: G. Chapman, 5 języków miłości. Tajemnica miłości na całe życie, tłum. J. Czernik, Kraków 2018.

pnącza żółto-pomarańczowych kwiatów, akwarela


Czyli co miłego mogę dziś zrobić dla siebie?


Ostatnimi czasy wpada mi do głowy całkiem sporo niekonwencjonalnych pomysłów na zadbanie o siebie. Nabieram przekonania, że liczą się drobnostki, liczy się codzienność. Stąd pomysł na opisanie pięciu niestandardowych pomysłów, którymi (mniejszym lub większym nakładem pieniężnym i czasowym) można samemu sobie okazać miłość, łagodność i troskę.

1. Masaż z Groupona

To najdroższa z propozycji, ale też najbardziej wyjątkowa. Zaoszczędzić pieniądze, zaplanować parę godzin tylko dla siebie, zarezerwować termin, pozwolić komuś pomóc Ci w zrelaksowaniu się - cała ta otoczka sprawia, że poczujesz, że robisz dla siebie coś wyjątkowego. 

Ostatnio z okazji 2. rocznicy ślubu zafundowaliśmy sobie z mężem taki właśnie prezent. To nie był tylko masaż - całość stała się dla nas swego rodzaju wydarzeniem, bo przy okazji zjedliśmy coś na mieście, wspólnie zaplanowaliśmy ten czas i na pewno będziemy go wspominać.

Polecam Groupon, bo można tam znaleźć pakiety w całkiem przystępnych cenach (na pewno korzystniejszych niż te kupowane bezpośrednio od hotelu/spa).

2. Poranny/wieczorny spacer i kawa z automatu

Na to wpadłam zupełnie spontanicznie. Od jakiegoś czasu staram się codziennie chodzić na spacery (o czym pisałam a propos noworocznych postanowień w tym poście: Stary rok, stara ja - nowy rok, nowa ja) i wyrabiać mniej więcej 8-10 tys. kroków dziennie. A że w weekendy nieco ciężej mi te kroki "nabić", to pewnej niedzieli rano postanowiłam wybrać się nad morze. 

Już samo to dało mi poczucie zadbania o siebie i zdrowej rutyny. A potem zobaczyłam automat do kawy. I zapragnęłam usiąść na plaży z gorącą kawą, obserwując innych spacerowiczów i spokojne tamtego dnia morze. Wróciłam naładowana i z myślą, że zrobiłam dla siebie coś miłego. Że zmotywowałam się do czegoś innego niż książka czy serial (choć i to oczywiście jest super). A to przecież taki drobiazg!

3. Dzień wolny bez powodu

To również jedna z moich "świeższych" praktyk. Kiedyś uważałam, że 20/26 dni urlopu to tak mało i oszczędzałam go, ile się da. Później i tak często nie udawało mi się go wybierać w większych partiach, bo to w wielu firmach bywa dość problematyczne - potrzebne jest dłuższe zastępstwo itp. Zresztą zawsze ciężko mi było walczyć o swoje potrzeby.

Teraz przyjęłam inny system, który sprawdza się świetnie. Wiadomo, nadal biorę dłuższe wolne na wakacje, ale oprócz tego pozwalam sobie na wybranie pojedynczych dni w zupełnie przypadkowych terminach. Nie wtedy, kiedy muszę coś załatwić i nie po to, żeby iść do lekarza, ale tak po prostu, żeby zostać w domu, odwiedzić kogoś, zrobić sobie dzień lenia czy też coś, na co nigdy nie mam czasu. Nazywam to prezentem "od siebie dla siebie".

Taki dzień jest wspaniałym oddechem w miesiącu czy paru miesiącach ciężkiej pracy. A jako że większość rodziny i znajomych w tym czasie pracuje, to pozwala mi złapać chwilę dla samej siebie. Polecam każdemu! W końcu po to jest urlop wypoczynkowy - żeby wypocząć. Zdaję sobie sprawę, że dotyczy to pracy etatowej, ale wydaje mi się, że w każdym położeniu da się wyrwać taki dzień "od siebie dla siebie".

4. Domowe SPA

Może to być kąpiel z pianą, peeling i maseczka na twarz, nowy manicure, nawilżenie stóp, olejowanie włosów, albo wszystko to na raz. Najlepiej, by było to coś, czego nie robisz na co dzień. A jak do tego dojdzie ulubiony napój, świeca zapachowa, przygaszone światła i miła muzyka lub fajny serial, to już w ogóle pełnia relaksu.

Ten pomysł jest o tyle praktyczny, że można go zrealizować: 1) w domu; 2) mając dowolną ilość czasu; 3) niskobudżetowo (można użyć nawet produktów, które mamy w kuchni). 

5. Randka ze sobą, czyli coś ciepłego i spisanie myśli

Dla mnie pomysł najtrudniejszy w realizacji, ale zawsze przynoszący dużo wytchnienia, wyluzowania napięcia i nagromadzonych emocji. Wymaga zaparzenia dobrej herbaty czy kawy, wzięcia kocyka i czegoś do pisania. A następnie zostania samemu ze sobą i swoimi myślami. Co przyniósł dzień? Czego się teraz boję? Co w tym momencie czuję? Co sprawia mi radość? Można zadać sobie naprawdę wiele pytań albo po prostu przelewać na papier bieżące myśli. 

Trudno mi zmotywować się do bycia ze sobą w ten sposób, bo często boję się skonfrontować z moimi obawami czy lękami. Ale też zwyczajnie nie chce mi się rozkminiać. A to czasem błąd. Gdy czuję, że zgromadziłam w sobie dużo trudnych emocji, to spisując, co czuję, dlaczego to czuję i czy mogę sobie na to pozwolić (staram się wykształcić w sobie zezwolenie na emocje), wiele z tych emocji ulatuje, uspokaja się, a ja sama mam się lepiej. I nie tłamszę w sobie niewygodnych rzeczy. 

To poświęcenie sobie prawdziwej uwagi, wysłuchanie siebie, jest dla mnie ważne. Zachęcam do spróbowania, może i Wam ta metoda przypadnie do gustu.

ozdobna linia roślinna, akwarela

A dlaczego selfcare "w duchu zdrowego rozsądku"? Bo bardzo lubię tematykę dbania o siebie, robienia dla siebie czegoś miłego, ale z drugiej strony mam wrażenie, że w social mediach selfcare jest swego rodzaju nurtem, który zmierza w kierunku "umiesz liczyć? Licz na siebie" i "twoje potrzeby są ważniejsze". Ja uczę się znajdować balans między dbaniem o siebie i dbaniem o drugiego człowieka. Dlatego nie chciałabym się w ten nurt wpisywać, bo zwyczajnie tak nie uważam (o czym zresztą pisałam już w kontekście wolności: Wolność a stawianie granic). 

W każdym razie do robienia czegoś miłego dla siebie zawsze będę zachęcać i sama praktykować :) Chcę być dla siebie wyrozumiała i dobra, zwyczajnie. Sposoby, które opisałam, mi w tym pomagają. Ale szukam też kolejnych!

Dlatego zachęcam do podzielenia się swoimi patentami na selfcare w komentarzu, z wielką chęcią wypróbuję.

Ściskam
Kasia L.

akwarela ilustrująca wolność, ptaki na niebie, a na dole miasteczko


Był taki czas, w którym będąc studentką, w każde wakacje wyjeżdżałam na kolonie jako opiekun. Przebywanie 24 godziny na dobę z dziećmi nauczyło mnie wiele: że dzieci nie umyją się na samo polecenie, że prawdopodobnie nie zrobią nic z rzeczy, które uważam za naturalne, że pokochają mnie od pierwszego wejrzenia tylko dlatego, że jestem ICH opiekunką (co jest swoją drogą ogromnie urocze) oraz... że rozumienie bycia "dobrym wychowawcą" jako pobłażliwość, nieodmawianie i luźne podejście wcale nie sprawia, że dzieci będą czuły się świetnie, a o Tobie będą myśleć, że jesteś super. 

Kolonie, na które jeździłam jako opiekun, były prowadzone przez bardzo mądrego i doświadczonego kierownika, mającego raczej podejście "lepiej zacząć z większymi granicami i stopniowo je zmniejszać, jeżeli okażą się zbyt restrykcyjne, niż zacząć bez granic, a dopiero później je wprowadzać". 

Można by pomyśleć, że skoro coś nakazuję, to ograniczam wolność. To złudne przekonanie. Gdy stawiam granice innym, oni dalej mają wybór: mogą je zaakceptować, ale mogą też wybrać przekroczenie ich. Granice dają dzieciom punkt odniesienia, a to z kolei - poczucie bezpieczeństwa. Bez granic odczuwają niepokój, ponieważ nie wiedzą, czy droga, którą podążą, będzie im służyć, czy okaże się zła. Zakładam, że nikt z nas nie lubi znajdować się w ciemną noc pośrodku niczego i nie widzieć żadnej ścieżki. Tak zobrazowałabym wolność anarchiczną. No właśnie, wolność to nie anarchia, bezład, bezprawie, chaos. Wolność to w moim odczuciu przestrzeń, w której człowiek może w poczuciu bezpieczeństwa dokonywać wyborów i żyć w zgodzie ze sobą, nie krzywdząc przy tym innych. Nie jest to definicja ani trochę wyczerpująca, ale zawiera w sobie to, co dla mnie w wolności jest kluczowe: właśnie poczucie bezpieczeństwa, które dają m.in. jasno postawione granice.

Ustaliliśmy już, że granice są ważne zarówno dla osoby, która je stawia (pozwalają zadbać o swoje potrzeby, strzec własnej przestrzeni itp.), jak i dla tych, wobec których są one stawiane (stanowią punkt odniesienia, dając poczucie jasności sytuacji). Myślę sobie jednak, że gdybym czytała post jak ten, szukałabym w nim przede wszystkim informacji o tym, w jaki sposób stawiać granice. Dlatego przejdźmy do praktyki.

Jak stawiać granice?

Jako osoba, która przez całe dotychczasowe życie praktycznie nie potrafiła mówić o swoich potrzebach i stawiać jasnych granic, typowa ortodoksyjna altruistka, pragnąca nieba przychylić wszystkim, choćby kosztem siebie, mogę powiedzieć, że praktyka czyni mistrza. 

Niezależnie od wiary i wyznawanych wartości, znacie na pewno drugą część przykazania miłości Miłuj bliźniego jak siebie samego. Nie wiem, czy ktoś mi to powiedział, czy pewnego dnia samo to do mnie przyszło, ale odkryłam, że w tym zdaniu kryje się jeszcze większa głębia, niż myślałam. A konkretnie w wyrazie JAK. Jezus nie mówi: kochaj swojego bliźniego bardziej/mniej niż siebie samego. Mówi za to: kochaj go TAK SAMO jak siebie. Ja robiłam wszystko, żeby przedkładać innych ponad siebie, kochać ich  b a r d z i e j. Dopiero zrozumienie tego zdania uświadomiło mi, że powinnam traktować siebie na równi z innymi, to znaczy, że moje potrzeby są tak samo ważne jak te, które chciałabym zaspokoić u innych. Gdy to zrozumiałam, poczułam się właśnie WOLNA. Jednocześnie pięknym i bardzo praktycznym punktem orientacyjnym (a zatem powodem, skutkiem, celem) stawiania granic jest miłość - do siebie i innych.

Czyli w końcu jak stawiać granice? Odpowiedź mogłabym właściwie zawrzeć w kilku słowach, które w dodatku byłyby tytułem książki o asertywności, znalezionej przeze mnie jakiś czas temu w bibliotece - to znaczy "Łagodnie, stanowczo i bez lęku". Łagodnie, bo krzyk, płacz czy podnoszenie głosu nic nie dadzą, powodują jedynie, że wytwarza się atmosfera konfliktu i bardzo możliwe, że druga strona automatycznie przybierze postawę obronną, ponieważ poczuje się zaatakowana. Zresztą myślę, że dbaniem o swoje granice nie chcemy nikogo skrzywdzić. Stanowczo, ponieważ skuteczny komunikat to taki, który wybrzmi jasno. Będzie to z korzyścią dla wszystkich - jasny komunikat da poczucie bezpieczeństwa. Bez lęku, bo mamy prawo do dbania o siebie jako o najbliższą osobę, z którą spędzimy całe życie. Lęk ma to do siebie, że jest irracjonalny. Często godzi w naszą pewność i ocenę sytuacji, powodując zamęt. 

Do tych podstaw dodałabym jeszcze parę określeń:

  • klarownie - to znaczy w sposób możliwie prosty i krótki;
  • z wytłumaczeniem, ale bez tłumaczenia się - "nie bo nie" to mało sprawiedliwy argument; uważam, że z szacunku do innych warto wytłumaczyć, dlaczego stawia się granice akurat w tym miejscu. Dodatkowo, prośba, która zostanie zrozumiana, a nie tylko wzięta na wiarę, zawsze ma większą szansę zostać spełnioną. Jako ludzie dążymy raczej do racjonalizacji;
  • konsekwentnie - jeżeli np. mówimy "nie", a potem w popłochu to odwołujemy, to wprowadzamy w błąd i siebie, i innych; sprawiamy, że granice są niejasne, a współrozmówca może czuć się niepewnie, bo nie wie, co może robić, a czego nie powinien. Oczywiście nie chodzi o to, żeby nigdy nie zmieniać zdania! Ważne, żeby nie powodowała tego niepewność i lęk;
  • w zgodzie ze sobą, ale też z wolnością innych - piszę tu o tym, bo np. powiedzenie swojemu mężowi/rodzicom/współlokatorom, że od dzisiaj nie będziesz sprzątać, bo to przekracza Twoje granice, i że życzysz sobie, żeby to robiła ta druga osoba, nie będzie raczej najlepszym pomysłem.

Gdzie i po co stawiać granice?

Nieraz zastanawiałam się, czy dana sytuacja jest już momentem, w którym moje granice zostaną przekroczone. I z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli się nad tym zastanawiam, to odpowiedź najprawdopodobniej brzmi TAK. 

W moim przypadku jedną z największych trudności jest stawianie granic w momencie, gdy z różnych powodów potrzebuję pobyć sama, ale ktoś prosi mnie o pomoc/rozmowę/chce spędzić ze mną czas. W imię poświęcenia (co do którego mam przekonanie, że samo w sobie jest dobre) notorycznie rezygnowałam z siebie. Gdyby wypisać listę moich priorytetów w relacjach, ja sama byłabym na końcu. Naprawdę, niemal codziennie miałam w głowie listę do "odhaczenia" - jeżeli zadbałam o wszystko, wtedy przychodził czas na mnie. Możecie sobie wyobrazić, jak rzadko to się zdarzało.

Jest taka historyjka (bo anegdotką tego nazwać nie można), która przydarzyła mi się dość dawno temu i dobitnie pokazała, że gdzieś jest problem. Byliśmy na spacerze z naszymi przyjaciółmi i ich znajomymi, spędzaliśmy dobrze czas. Było nam razem na tyle miło, że przyjaciele zaproponowali (mimo późnej jak dla mnie godziny), żebyśmy pojechali jeszcze do nich na planszówki. Odmówiłam, ale niepewnie, bo nie byłam w ogóle asertywna, a już na pewno nie wobec bliskich mi osób, z którymi uwielbiam spędzać czas. Jestem osobą bardzo relacyjną, rodzinną i trudno mi czasem przekonać samą siebie, że to, że w danej chwili odmawiam, nie oznacza, że kogoś nie lubię, tylko że  t e r a z  potrzebuję czegoś innego. Wracając do tematu, moi znajomi, słysząc niezbyt pewną odmowę, stwierdzili w dobrej wierze, że warto mnie namawiać, bo wyglądam raczej na nieprzekonaną niż na "nie przekraczaj moich granic". Ostatecznie zgodziłam się pojechać, chcąc poświęcić się relacji. Skończyło się wręcz dramatycznie. Grałam w planszówki ze łzami w oczach i głębokim poczuciem, że nie szanuję siebie. Przyjaciele oczywiście od razu to wychwycili i ich wieczór również był przez to smutny, bo czuli, że przekroczyli moje granice (choć nie mogli o tym wiedzieć wcześniej, bo nie dałam jasnego sygnału). Od tej pory wiem, że jeśli nie zadbam o swoje potrzeby, to  choćbym nie wiadomo jak się poświęcała, będzie to bez większego sensu i raczej bez dobrego owocu.

To zabrzmi jak banał, ale stawiaj granice tam, gdzie czujesz. Po to, żeby zadbać o wolność swoją i innych. Żeby nie wyczerpywać całych pokładów energii, którą masz w sobie, na raz. Po to, żeby być też z samym sobą. Z troski o innych - żeby to, co robisz, wynikało z tego, że decydujesz się na to bez przymusu. Dzięki temu i Ty, i Twoje otoczenie będzie działać w wolności. Z przejrzystymi wyborami, potrzebami i granicami.

A jeśli dalej nie potrafię? Czyli jak praktykować stawianie granic i mówienie o swoich potrzebach

Nie jestem ekspertem. Nie jestem nawet jeszcze dobra w stawianiu granic i mówieniu o swoich potrzebach. I właśnie dlatego ta tematyka jest mi taka bliska i chcę podzielić się tym, co mnie pomaga.

Przede wszystkim pomaga mi wyrozumiałość dla samej siebie - nie wszystko uda się od razu i nie każdą moją granicę będę w stanie obronić. Czasem dopiero, gdy stanie się tak, że zostaną przekroczone, dociera do mnie, w którym miejscu tak naprawdę są. I to jest OK. Po drugie, metoda małych kroczków. Mogę próbować powoli, najpierw w błahych sprawach wyrażać swoje potrzeby. Nie muszę od razu ustawiać całego swojego życia, ba, wydaje mi się to nawet niewskazane. Mogę się też mylić. Całe życie uczymy się siebie, całe życie też się zmieniamy!

U mnie to jest tak, że przy podejmowaniu decyzji zazwyczaj skłaniam się ku którejś z opcji, mam coś na kształt intuicji, w którą stronę chcę podążyć. Dlatego tak ważna wydaje mi się umiejętność zatrzymania się i zapytania samego siebie z jednej strony, czego chcę, a z drugiej - jak to się ma do moich wartości, mojej aktualnej sytuacji czy ważnych dla mnie osób. Spędzanie czasu z samym sobą, dostrzeżenie swoich emocji, sygnałów z ciała, myśli, pomaga pozostawać w kontakcie ze sobą. A to sprzyja umiejętnemu stawianiu granic i dbaniu o swoją wolność.

Można też wtajemniczyć bliską osobę w to, że w danej kwestii mam problem ze stawianiem granic. Taka osoba, gdy zauważy coś niepokojącego, powie o tym i pokaże, że to jedna z "tych" sytuacji. Mam takie osoby w swoim najbliższym gronie i są moją wielką pomocą! Gdy widzą, że biję się z myślami lub mam wyrzuty sumienia, mówią mi: "Hej, przecież wiesz, że masz z tym problem i że potrzebujesz tego i tego". Zawsze kończy się na "No wieeem, masz rację...". Nie chodzi o to, żeby zwalać odpowiedzialność za siebie na innych, ale żeby w tym trudnym okresie uczenia się mieć wsparcie i "przypominajkę". Każdy na to zasługuje.

Na koniec małe porównanie. Państwo, strzegąc wolności, strzeże swoich - nota bene - granic. To między innymi one sprawiają, że zachowuje autonomię, odrębność i ma własną przestrzeń, w obrębie której może rozwijać się i decydować. To daje poczucie wolności. Jednocześnie granice państw są pewną umową, układem, którego potrzebujemy. Bez nich na świecie panowałby nieład, ludzie nieustannie wchodziliby w swoje kompetencje, nie byłoby punktu odniesienia, w obrębie którego można by budować choćby tożsamość narodową. I niewątpliwie konsekwencji byłoby wiele więcej, niż byłam w stanie wymienić.

Granice wyznaczają wolność, wolność wyznacza granice. Mam wrażenie, że te dwie kwestie mocno się przenikają. Spróbuj postawić granice tam, gdzie wcześniej nie potrafiłaś/łeś ich postawić, oczywiście z miłością i poszanowaniem dla innych. Poczujesz wolność. A przynajmniej takie jest moje doświadczenie.

Życzę owocnej troski o swoje potrzeby i kochania siebie tak samo jak każdego człowieka!

Ściskam
Kasia L.



okno z firankami, na parapecie kubek, książki, kocyk i poduszka; akwarela

Temat, który chcę poruszyć jest tak rozległy, a jednocześnie tak mi bliski, że nie bardzo wiem, jak go ugryźć. Zacznę więc może od ciekawostki. Nie tak dawno temu szukałam w jednym z popularnych słowników online synonimu do wyrazu introwertyk - na potrzeby jakiegoś tekstu. Takich wyników wyszukiwania się nie spodziewałam:

dzikus, niemowa, mruk, pesymista, odludek, narzekacz, skryty, mrukol, milczek, pokutnik, samotnik, mrukliwy, nierozmowny, mizantrop, małomówny, zgorzknialec, eremita, introwertyczny, borsukowaty, frustrat, pustelnik, osoba introwertyczna, neurotyczny, mumia, dzik, cichy, zamknięty w sobie, ponurak, smutas, zamknięty

Nie, to nie jest żart. Przerażona tymi "synonimami", od razu sprawdziłam, czy podobnie rzecz będzie się miała w przypadku ekstrawertyków. Okazało się, że jest zupełnie przeciwnie. 

aktywny, błyskotliwy, bystrzak, ekstrawertyczny, imprezowicz, optymista, osoba ekstrawertyczna, pomysłowy, towarzyski, żartowniś

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to profesjonalne słowniki, ale strony tego typu pozyskują treści zwykle od użytkowników, a następnie są weryfikowane. Rozumiem działanie takich portali na zasadzie działania Wikipedii (poprawcie mnie, jeżeli się mylę). Wyraźnie pokazuje to kierunek, w jakim podąża rozumienie introwertyzmu i ekstrawertyzmu w społeczeństwie. A to z kolei wpływa na samoocenę tej pierwszej grupy. Bo jeżeli mamy możliwość bycia postrzeganymi jako optymiści, towarzyscy, aktywni i błyskotliwi, to kto dobrowolnie przyznałby się do tego, że jest dzikusem, niemową, mrukiem i odludkiem? Na pewno nie ja.

Kawałek mojej historii

Odkąd pamiętam było tak: jako dziecko, a później nastolatka, nie rozumiałam, dlaczego taką trudność sprawia mi zabranie głosu na forum klasy czy skąd to zmęczenie po dłuższym spotkaniu towarzyskim. Właściwie nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego związku, że zmęczenie jest następstwem przebywania w dużej grupie itp. Dochodzące do tego takie cechy jak nieśmiałość, zamknięcie na okazywanie emocji z powodu lęku przed odrzuceniem sprawiały, że wstydziłam się siebie w relacjach społecznych. W pełni dobrze odnajdywałam się jedynie wśród najbliższej rodziny czy przyjaciół.

Miałam takie przeświadczenie, że coś jest ze mną nie tak. Dlaczego innym żyło się łatwiej? Dlaczego codzienne interakcje społeczne przychodziły im tak lekko? Moje cechy osobowości związane z introwertyzmem traktowałam jako jedno z nieśmiałością i bardzo znielubiłam wszystkie. Chciałam się ich pozbyć i zamienić w otwartą, wygadaną dziewczynę. Czy mi się to udało? I tak, i nie. Po wielu latach walki z nieśmiałością na różne sposoby mogę powiedzieć, że bardzo dużo się zmieniło w tej kwestii. 

Z jednej strony zmiana mi pomogła, bo ułatwiła codzienne funkcjonowanie - mniej już stresuję się przy wystąpieniach publicznych czy wykonywaniu telefonów, łatwiej mi postawić granice i powiedzieć o swoich potrzebach (podkreślam: "mniej" i "łatwiej" - bo stres z tym związany nie minął zupełnie i pewnie nigdy nie minie). Z drugiej strony trochę żałuję, bo walczyłam właściwie ze swoją naturą, nie akceptując jej, wbrew sobie. Dzisiaj nie mam już problemu z tym, że jestem introwertykiem, że niektórych rzeczy się wstydzę i że jestem jeszcze nieco nieśmiała. Wręcz przeciwnie: bardzo te cechy w sobie lubię! Uważam, że są ciekawe, wyjątkowe, a przede wszystkim są częścią składową tego, kim jestem. 

Właściwie do dziś odczuwam, że społecznie pożądane są cechy pro-życie-w-grupie, to znaczy otwartość, towarzyskość, kontaktowość, łatwość w wypowiadaniu się itp. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest. Gdy podzieliłam się tą opinią z pewną osobą, którą uważam za autorytet w tej tematyce, zapytała mnie: Kto i kiedy ci tak powiedział? Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Wydawało mi się, że nikt nigdy nie powiedział mi tego wprost.

Gdy teraz dłużej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że takie przeświadczenie mogło się we mnie zakorzenić przez różne sytuacje, w których poczułam się niekomfortowo ze względu na moją nieśmiałość, trudność w wyrażaniu emocji czy cechy introwertyczne. Takie sytuacje miały miejsce regularnie: na spotkaniach rodzinnych pytano mnie, czy się nudzę lub źle czuję, że nic nie mówię; w klasie osoby z "elity" nigdy mnie nie zauważały, a niektórzy nauczyciele nie pamiętali mojego imienia, mimo że uczyli mnie parę lat; nie potrafiłam dojść do głosu w rozmowie albo mnie przekrzykiwano; z odpowiedzi ustnych dostawałam niższe oceny, czasem słusznie, a czasem mimo bycia bardziej obkutą niż koledzy i koleżanki, którzy umieli dobrze zakręcić rozmową.

Myślę, że w wielu z tych sytuacji wystarczyłoby ze spokojem i pogodą ducha wyjaśnić, otwarcie zakomunikować, że np. nie odzywam się, bo jestem raczej słuchaczem i obserwatorem i lepiej czuję się w tej roli; że stresują mnie wystąpienia publiczne, dlatego mogę wyglądać na zdenerwowaną. I tak dalej. Nie jest to takie proste, gdy jest się nieśmiałym, ale im bardziej rozumiem siebie, im więcej się o sobie uczę, tym łatwiej przekazać to innym. I zaakceptować swoje cechy, bo są piękne, chociaż może nie zawsze najłatwiejsze.

Czy introwertyk odmawia spotkań, bo nie lubi ludzi?

Opisując po krótce swoją historię wspomniałam, że mojemu introwertyzmowi towarzyszy(ła) nieśmiałość i zamknięcie w okazywaniu emocji. Mam wrażenie, że bardzo często się te i inne pojęcia myli. A skoro ten wpis ma na celu rozjaśnić nieco temat (z perspektywy co prawda zupełnego laika, ale za to praktyka), to zacznijmy może od tego, czym introwertyzm NIE jest.

Introwertyzm NIE jest:

  • nieśmiałością, zamkniętością;
  • fobią społeczną;
  • separacją od otoczenia;
  • małomównością;
  • nielubieniem ludzi.

Sam termin wywodzi się z łaciny i oznacza zwrócony do środka. Bardzo podoba mi się to określenie, bo właśnie tak postrzegam siebie samą jako introwertyczkę. Introwertyk będzie osobą, która doświadczenie, emocje, refleksje kieruje do wewnątrz, to znaczy przeżywa je w sobie, czerpie radość z przebywania z samym sobą, bo interesuje go jego świat wewnętrzny. Nie chcę wypowiadać się w imieniu wszystkich introwertyków, ale z reguły to nie jest tak, że nie lubimy ludzi lub nie potrzebujemy kontaktów towarzyskich. Ja na przykład kocham ludzi i bardzo mnie interesują, lubię z nimi przebywać. Od ekstrawertyków różni mnie na pewno poziom i rodzaj aktywności w grupie (często wolę być obserwatorem, po prostu dlatego, że ciekawi mnie, jak zachowuje się moje otoczenie), ale też fakt, że spotkania towarzyskie pochłaniają dużo mojej energii, więc potrzebuję mniej więcej tyle samo czasu z ludźmi, co sama ze sobą. Jeżeli cały dzień przebywałam w pracy, która wymaga ode mnie częstych interakcji, to później zazwyczaj marzę o spokojnym wieczorze tylko z moim mężem lub sama. Z kolei weekendami zwykle mam ochotę na spotkanie w gronie przyjaciół. Ekstrawertycy "ładują się" podczas spotkań towarzyskich, w kontakcie z innymi osobami - introwertycy raczej w domowym zaciszu, sam na sam ze sobą i właśnie światem wewnętrznym.

Co ciekawe, wspomniane różnice wiążą się ściśle z różnicami w układzie nerwowym intro- i ekstrawertyków. Układ nerwowy introwertyka reaguje mocniej, co oznacza, że taka osoba potrzebuje mniej bodźców, aby czuć się pobudzona, aktywna. W związku z tym czasem niewielka ich liczba potrafi sprawić, że czujemy się zmęczeni, przebodźcowani i potrzebujemy odciąć się od otoczenia, zanurzyć ponownie w swoim wewnętrznym przeżywaniu, najlepiej w bezpiecznym miejscu i z aktywnością, która nie przysparza zbyt wielu nowych stymulantów, np. książką, ulubionym serialem czy po prostu drzemką.

Jestem introwertykiem, jestem ekstrawertykiem

Jeszcze jedna ważna sprawa w tym temacie-rzece, o którym mógłby powstać (i być może powstanie) niejeden wpis. Gdy rozmawiam z moim Mężem, który jest z wykształcenia psychologiem, to często podkreśla, że to nie do końca jest tak, że mamy albo tylko cechy ekstrawertyczne, albo tylko introwertyczne. Wyobraźmy sobie, że typy osobowości mieszczą się na skali, na której z jednej strony jest ekstrawersja, z drugiej - introwersja. Pomiędzy nimi rozpościera się całe spektrum właśnie tego, co jest "pomiędzy". To znaczy, że jeżeli np. czujesz się introwertykiem, ale nie odczuwasz dyskomfortu w przebywaniu w większym gronie ludzi, to nie znaczy, że tak naprawdę introwertykiem nie jesteś. Nie jesteś po prostu na samym skraju tej skali, nie jesteś jedną z - zapewne bardzo nielicznych osób - które są skrajnie introwertyczne. Gdzieś pośrodku znajduje się z kolei ambiwersja, czyli równowaga między oboma typami osobowości. 

Dlatego nie warto tak radykalnie się szufladkować. Choć oczywiście rozumienie siebie pomaga w rozwijaniu swoich atutów i przede wszystkim ukochaniu tego, jakim się jest. Introwertycy i ekstrawertycy - świetnie się uzupełniamy! Ta różnorodność jest wspaniała i nie ma co dzielić się tak arbitralnie.

Jednak jako osoba o wyraźnie silniejszych cechach związanych z introwertycznym typem osobowości czuję się odpowiedzialna za to, żeby śmiało - dziś już bez wahania i wstydu, prosto z serca - powiedzieć: introwersja jest piękna! Ułatwia nam zawieranie i budowanie wyjątkowych, trwałych i głębokich relacji, co ja ogromnie sobie cenię. Pomaga być dobrymi słuchaczami i darzyć innych empatią i zrozumieniem. Dzięki niej też nigdy nie będziemy się nudzić, bo w końcu uwielbiamy spędzać czas z samymi sobą, a siebie zawsze mamy "pod ręką" :)


ozdobna linia z motywem roślinnym, separacyjna

W zrozumieniu introwertyków albo zyskaniu poczucia bycia zrozumianym jako introwertyk pomaga zapoznawanie się z tematem, rozmowy z ludźmi i tworzenie więzi. Ze swojej strony mogę polecić w tej tematyce ciekawe konto na Instagramie: @introwertykalni. Jego twórcy w postach starają się na przykładach poszczególnych sytuacji przybliżyć świat introwertyków. Bardzo lubię też śledzić ich stories, w których introwertykalni obserwatorzy zadają pytania typu "Też macie tak, że...", na które można dzięki udostępnionej ankiecie odpowiedzieć TAK lub NIE i zobaczyć, jaka część z nas ma podobne doświadczenia.

Mam nadzieję, że mimo braku wykształcenia psychologicznego, choć trochę przybliżyłam temat introwersji - z perspektywy własnego doświadczenia.

Jestem bardzo ciekawa Waszych obserwacji i doświadczeń. Z jakim typem utożsamiacie się bardziej: ekstrawertyka czy introwertyka? Co sprawia Wam radość, a co przynosi trudność?

Ściskam,
Kasia L.

Starsze posty Strona główna

O MNIE


Kasia Lewandowska

Polonistka pracująca jako bibliotekarz
i redaktor, spełniająca się też w roli pisarki.
Szczęśliwa żona ucząca się kochać życie
i wypełniać sensem każdy dzień.

Więcej o mnie: Szerzej o mnie i blogu

A na co dzień udzielam się tu: instagram.com/wczesnymrankiem

Zapraszam!


(fot. Justyna Szyszka / bezflesza)

LUBIANE WPISY

  • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
  • Wspieraj się jesienią
  • Nadchodzi jesień i uczę się ją kochać - 10 zalet
  • 2024 -> 2025
  • To już rok, odkąd prowadzę wczesnymrankiem!

INSTAGRAM

instagram @wczesnymrankiem

ARCHIWUM

  • ▼  2026 (1)
    • ▼  stycznia (1)
      • Podsumowanie 2025 i plany na 2026
  • ►  2025 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2023 (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2022 (34)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2021 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (2)

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Miło mi!
Dzięki, że jesteś i czytasz :)

Copyright © wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki. Designed & Developed by OddThemes