wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki
  • STRONA GŁÓWNA
  • CODZIENNOŚĆ
    • Radości
    • Refleksje
    • Organizacja
    • Chwila dla siebie
    • Z pamiętnika
  • KREATYWNIE
    • Opowiadania
    • Dom
    • Sztuka
  • POLONISTYKA
    • Pisanie
    • Książki
    • Studia polonistyczne
      i edytorstwo
  • OKOŁOPSYCHOLOGICZNE
  • POLECAM
  • O MNIE I BLOGU / KONTAKT

bochenek chleba na serwetkach, akwarela

Pewnego sierpniowego dnia, gdy pogoda na urlopie nie dopisywała, ale mimo to postanowiliśmy wdrożyć w życie tzw. radykalną akceptację i się nie poddawać, zwiedzać jak gdyby nigdy nic, szliśmy z mężem kolejnym już szlakiem, nie wiedząc za bardzo, jak wydostać się z celu naszej podróży i dostać szczęśliwie do domu. Wtedy, w całym tym zmęczeniu i rodzącej się niepewności, przyszła mi do głowy refleksja, która była dla mnie na tamten moment ważna. Usiadłam na pniu obalonego drzewa i szybko spisałam myśli w telefonie. Dziś z chęcią przeklejam tutaj tę notatkę.

ozdobna linia roślinna

Często zachęca się do tego, żeby zrobić krok w nieznane, zaryzykować i wybrać ścieżkę, co do której nie wiemy do końca, dokąd prowadzi. A ja idąc po górach, próbując wracać szlakiem innym niż ten, którym przyszliśmy; gdy nieoczekiwanie dopada mnie lęk, a moje ciało mówi "nie idź tam", myślę sobie, że czasem warto nadłożyć drogi, cofnąć się i jeszcze raz przejść dobrze znaną ścieżką. Żeby trafić do domu. 

Czasem warto jeszcze raz przejść całą drogę, którą dobrze się zna. Przeanalizować swoją przeszłość, przeżyć na nowo stare schematy, zastanowić się, dlaczego każdy krok był taki, a nie inny. Co za nimi stało. Na co nie byłam uważna i co przez to przeoczyłam. Ja na przykład nie słyszałam długo mojego wołania do samej siebie o pomoc, o uwagę, o zrozumienie i wsparcie. Przechodziłam obojętnie obok emocji, a nawet próbowałam je odsunąć z pola widzenia. I wiele, wiele innych. Teraz wracam tą drogą, staram się przejść ją jeszcze raz i wszystkie te miejsca zauważyć, przytulić. Po to, żeby gdy będę je spotykać na nowych, nieznanych szlakach, wiedzieć, żeby ich nie omijać, ale przystanąć i uważnie się przyjrzeć. Bo to wskazówki, które jak okruszki chleba w bajce wskazują drogę do domu, do siebie. Mogę rozrzucić je i dać pozjadać ptakom, a mogę o każdy jeden zadbać i dojść tam, gdzie czuję się bezpiecznie. 

Czasem warto będąc w nowym miejscu, cofnąć się i wybrać szlak, którym się już szło.

ozdobna linia roślinna

Krótka, ale esencjonalna myśl na dziś i na później. Dla mnie i dla Was.

Ściskam
Kasia L.

 

akwarela, dziewczyna w sukience z kwiatami, zimowy krajobraz


Należę do tych osób, które bardzo lubią dzień swoich urodzin. Niektórzy pewnie powiedzieliby, że JESZCZE go lubię, bo jestem młoda i w ogóle. Mnie się wydaje, że zawsze ten dzień będzie dla mnie wyjątkowy, bo jest szczególną okazją do uzmysłowienia sobie, jak wiele pięknych lat do tej pory dane mi było przeżyć. Ile w tym czasie się wydarzyło! W dniu urodzin nie czuję się zalękniona, ale właśnie niesamowicie wdzięczna. 

Fakt faktem, 27. urodziny były dla mnie psychicznie trochę inne niż wcześniejsze. Ta liczba zrobiła już na mnie pewne wrażenie. Nie wiem, dlaczego akurat TA liczba, ale muszę przyznać, że chyba po raz pierwszy patrząc w lustro, widziałam dorosłą kobietę, a nie dziewczynkę, którą się zawsze czułam. Moja twarz była (jest) jakaś taka dojrzała. Moje życie takie dorosłe. Mąż, dom, praca... 

Gdy ludzie w dniu urodzin pytają mnie, jak się mam, pierwsze co przychodzi mi do głowy to to, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałabym być w tym wieku. Dzięki Bogu za to! Dostałam tak wiele! Staram się wykorzystywać to najlepiej, jak potrafię - tę normalność, codzienność, którą mam. Zdrowie, talenty, otoczenie bliskich, pasje, ale też różne moje niedociągnięcia. Chciałabym zawsze, myśląc o swoim życiu, umieć przede wszystkim dziękować.

Liczę na jeszcze wiele wspaniałych lat :) A tymczasem opowiem Wam, jak spędziłam ten urodzinowy czas. Bo jest to warte opowiedzenia! Mój kochany mąż przygotował mi 2 tygodnie świętowania. I nie, nie chodzi o nieustanną imprezę - chodzi o małe rzeczy, które mają znaczenie. 

Tydzień przed urodzinami wystrzelił petardę z confetti i złożył pierwsze życzenia, zapowiadając "okres urodzinowy". Potem każdego dnia rano witał mnie życzeniami, a po pracy dawał drobny upominek - balonik, czekoladę, chipsy, różności. W dniu urodzin, gdy mąż był w pracy, przyjaciele zrobili mi niespodziankę i przyszli na niezapowiedzianą kawkę. To było super, bo akurat siedziałam sama i nie miałam z kim dzielić radości mojego narodzenia ;) Po południu tenże sam niesamowity mąż wrócił do domu z wielkim zestawem sushi, choć nie przepadał (czas przeszły, bo ostatnio się do niego przekonał!) za tym jedzeniem, ale wie, jak ja je uwielbiam. Wieczór spędziliśmy spokojnie, w swoim towarzystwie, oglądając Netflixa i odpoczywając. Czyli tak, jak moja introwertyczna dusza lubi najbardziej.

Kolejnego dnia miałam okazję zrobić małą niespodziankę mojej najlepszej przyjaciółce, z którą mamy urodziny dzień po dniu! Wypiłyśmy razem kawę i poświętowałyśmy. Zaczął się też mój pourodzinowy tydzień - mąż dalej codziennie składał mi życzenia, przez co każdy dzień wydawał się wyjątkowy, a ja jeszcze bardziej mogłam docenić moje życie. Całość zakończyła impreza urodzinowo-parapetówkowa u przyjaciół, którzy przygotowali pyszne jedzenie i natrudzili się, by przyjąć nas jak najlepiej. To były zwykłe-niezwykłe wspaniałe urodziny!

Czemu to wszystko opisuję? Upamiętniając ten czas jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wielu wspaniałych ludzi mam wokół siebie, którzy kochają mnie zupełnie bezinteresownie i dokładnie taką, jaką jestem. Bardzo chcę tę miłość jak najlepiej odwzajemniać, ale też nieść ją w świat, w moją codzienność zawodową i wszelką inną. Takim napełnionym "dzbanuszkiem miłości" żal się nie dzielić!

Dlatego dzisiaj, już ponad dwa tygodnie po moich urodzinach, zostawiam tutaj tę opowieść i dziękuję Bogu za moje 27-letnie do tej pory życie i za wszystkich, którzy czynią je takim pięknym. 

Dziękuję, kochana Rodzinko, Przyjaciele, Znajomi, którzy to czytacie i wszyscy obserwujący te moje blogowe poczynania - za to, że jesteście!

Ściskam
Kasia L.



małe fioletowe kwiatki przebijające się przez śnieg, akwarela


Jeśli jest Ci teraz ciężko, być może potrzebujesz, żeby ktoś powiedział Ci, że będzie lepiej. Ja Ci to mówię.

    Będzie lepiej.

Nie wiem, czego doświadczasz, być może nawet, gdybyś mi opowiedział(a), nie potrafiłabym sobie tego wyobrazić. A może właśnie przeżywam to samo? Jedno jest pewne: wiele ludzi na świecie czuje się w tym momencie źle.

Możliwe, że nie widzisz wyjścia z danej sytuacji. Lub że musiałby stać się cud. Albo po prostu jest Ci smutno czy jesteś wkurzony. Spróbuj zamknąć oczy i przypomnieć sobie, ile małych cudów wydarzyło się w Twoim życiu do tej pory. Nie obiecuję, że stanie się coś wielkiego - bardzo możliwe, że nie. Ale uważność na małe rzeczy pomaga radzić sobie z dużymi. 

Kiedy czujesz, że to, z czym się zmagasz, przerasta Cię, nie bój się poprosić o pomoc - każdy czasem jej potrzebuje. Pójdź lub zadzwoń do kogoś bliskiego. Poszukaj specjalistów. Daj sobie pomóc znowu otrzymać nadzieję. 

Teraz jest źle. Tulę Cię w tym i jest mi przykro, że masz się kiepsko. Ty też się przytul. Jak to zrobić? Ja czuję, że się przytulam, gdy zatroszczę się o siebie: odpowiem na swój głód ciepłym posiłkiem mimo zabiegania, gdy czuję się przeciążona odsunę się od zamieszania i odpocznę, a czasem po prostu położę się i pozwolę, żeby moje myśli i emocje swobodnie przepływały, stopniowo mijając i wyciszając się. Tutaj polecam praktykę uważności - nawet minutka dziennie pomaga skupić się na jednej małej rzeczy, a to wiele daje w różnych aspektach codziennego życia.

Miałeś/aś kiedyś tak, że patrząc wstecz na swoje dotychczasowe życie, zdałaś/eś sobie sprawę z tego, że wszystkie te puzzle, które w danej - najczęściej trudnej - chwili wydawały się masą przypadkowych kawałków rozwalonych po całej podłodze, okazały się z perspektywy czasu tworzyć jeden spójny, sensowny obraz? Czasem jest tak, że sytuacja w danym momencie zdaje nam się bezsensowna, zbyt trudna lub bez wyjścia. Często okazuje się, że i ona potrafi przynieść jakieś dobro, a przynajmniej poprowadzić do pewnego sensu. Coś w stylu: Gdybym nie złamała wtedy nogi, nie poszłabym do szpitala, więc nie spotkałabym... i tak dalej.

Życie jest piękne, ważne. Nie pozwól, aby to przeświadczenie w Tobie zgasło. Jest trudne, czasem tragiczne, beznadziejne. Jest radosne, pełne ekscytacji. Jest zwyczajne. Nudne. Po prostu różne. Kiedy jesteś w stanie, którego nie lubisz, podejmuj działania (jeżeli możesz) albo daj sobie odpocząć. Pamiętaj:

    To też minie.

Jeśli nie czujesz się jeszcze na siłach odsłonić się przed kimś z tym, co Cię boli, może warto, żebyś chociaż spisał(a) to na kartkę, wypowiedziała na głos do siebie lub napisał(a) do kogoś list, którego nigdy nie wyślesz? Opcji jest wiele, a chodzi o ułożenie myśli i zwerbalizowanie, w czym tkwi problem. Zachęcam też do podzielenia się w komentarzu - czymkolwiek chcesz.

Ja chcę podzielić się z Tobą tym, że mam się dobrze. Od pewnego czasu i pierwszy raz od dawna mogę to powiedzieć i naprawdę tak sądzę. Jeszcze parę miesięcy temu bardzo chciałam poczuć się dobrze, ale zdałam sobie sprawę z tego, że zupełnie nie wiem, co to znaczy tak się czuć, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio było tak na 100%. Nie pamiętam emocji, wrażeń i przeżyć z tamtego czasu. Chciałam zapytać kogoś, kto się na tym zna, co to znaczy czuć się dobrze i kiedy będę mogła to powiedzieć. Dzisiaj już coraz bardziej wiem. A przyszło to dość nagle!

Kosztowało i nadal kosztuje mnie to wiele pracy własnej, wykazania pokory, żeby powiedzieć wielu osobom, że potrzebuję pomocy. Później kolejnej dawki pokory, żeby wdrożyć proponowane przez nich działanie lub przyjąć, że mnie akceptują. Że mogę odmówić, nie mieć na coś sił, chcieć inaczej. Wbrew pozorom nie jest łatwo przyjąć zrozumienie i bezwarunkową miłość. Zawsze chcesz się za nią jakoś odwdzięczyć, a nie zawsze masz jak. 

Jestem dzisiaj bardzo wdzięczna. Może stąd ten post. Z wiary, że będzie lepiej - u mnie i u Ciebie. Ale też nie pozwalałam w sobie tej wdzięczności gasić, gdy były czasy ciężkie i bardzo ciężkie. Jestem wdzięczna za życie takie, jakim ono było, jest i będzie. Jest piękne ze wszystkim, co zawiera. Jego sensem, celem nie jest dla mnie unikanie cierpienia. Dlatego nie chcę robić tego za wszelką cenę.

ozdobna linia, akwarela, listki

Usiadłam rano przy komputerze i ten post momentalnie sam napisał mi się w głowie. Najpierw chciałam to zignorować, bo wpis byłby jakiś taki krótki, mało konkretny, zajeżdżający coachingiem, a to nie ja... Ale później pomyślałam sobie, że to przecież prosto z serca, może komuś pomoże. A może kiedyś pomoże mnie samej?

Ściskam Cię, gdziekolwiek jesteś i jakkolwiek dziś się masz
Kasia L.

szampan na tle fajerwerków, akwarela

Uwielbiam planować. Nawet jeżeli ma z tych planów nic nie wyjść, listy zadań, celów, pragnień mnie relaksują. Nowy rok wydaje mi się taką czystą kartą, na której mogę coś zapisać. Nie mam pojęcia, czy cały będzie mi dany, czy w ogóle nawet go rozpocznę - warto mieć tego spokojną świadomość - ale jeżeli będę miała to szczęście, chcę go dobrze wykorzystać. Bardzo lubię ten czas między świętami a Nowym Rokiem. Jest dla mnie ekscytujący, bo szukam nowego kalendarza, który będzie mi towarzyszył, jednocześnie w moich zeszytach spisuję myśli dotyczące mijającego roku. Nowe możliwości spotykają się z wykorzystanymi lub niewykorzystanymi szansami.

Gdy jednak planowanie i listy zadań odbijają się na mnie rykoszetem i zaczynają powodować natłok powinności w głowie oraz idące za tym poczucie przytłoczenia, staram się skupiać na jednym dniu na raz. Odsuwam wtedy myśli o dalekosiężnych dużych planach i zastanawiam się, co mogę zrobić DZIŚ. Jeżeli myśl o całych 24 godzinach dalej mnie przytłacza - ograniczam się nawet do jednej godziny. Szukam czasu, który nie budzi we mnie lęku, tylko wdzięczność i motywację. 

Jeszcze na studiach co roku robiłam sobie listę celów na nowy rok. To było super, nawet jeśli nie wszystko wychodziło. Gdy nadszedł rok 2019, który był dla mnie do tej pory najtrudniejszym (ale i najważniejszym, bo wzięłam ślub i stworzyłam z moim mężem własny dom) rokiem w życiu, zauważyłam, że plany same się podjęły. Miałam w tym czasie tyle życiowych zmian, będąc przy tym w kiepskiej kondycji, że cel nasunął się automatycznie: przetrwać i dotrwać do codzienności, normalności, rutyny. W 2020 roku też nie szukałam postanowień - jedyne, co chciałam, to odpocząć. Jak się już pewnie domyślacie, tak samo było i w tym roku. Tym razem był to rok zadbania o swoje zdrowie.

Jestem z siebie dumna, bo w 2021 roku podjęłam się trudnych dla mnie zadań związanych z moim zdrowiem. I chociaż dalej jestem w drodze, muszę powiedzieć, że jest dużo lepiej! Gdyby nie troska o moje zdrowie, nie powstałby choćby ten blog, bo wiele miesięcy towarzyszyło mi kompletne zmęczenie i brak motywacji. Ale to temat na inny post, może kiedyś. W każdym razie clue jest takie, że czasem trzeba wrócić do podstaw, żeby móc później pójść dalej. Pierwotnie miałam na 2021 rok inny plan, ale teraz wiem, że gdyby on wypalił, byłoby mi bardzo trudno. To, co przyniósł mi bieg wydarzeń, okazało się z kolei owocować. Takie prozaiczne rzeczy jak zrobienie wszystkich rutynowych badań (każdy wie, do jakich lekarzy co roku warto się zgłosić, ale każdy też wie, jak trudno się do tego zmotywować; ja miałam sporo zaległości w tym temacie - na szczęście nadrobiłam!), ale przede wszystkim rozpoczęcie (i zakończenie oraz podjęcie dalszych planów) psychoterapii były dla mnie w tym roku prawdziwym cudem, w który nie do końca wierzyłam, że będzie miał miejsce. Dzięki temu powrotowi do ostatniego miejsca, w którym jeszcze znałam drogę, teraz rozjaśnia mi się ona na przyszłość.

Lubię tę "starą siebie" z 2021 roku - by tak sparafrazować popularne hasło "nowy rok, nowa ja". Widzę w niej kobietę, która coraz bardziej doświadcza tego, jaka jest słaba. I jak wielkie ma szczęście. Widzę, jak się stara przyjmować to, co daje każdy dzień, z pokorą i wdzięcznością, chociaż nie zawsze jej to wychodzi. Widzę też, jak dba o rozwijanie swoich talentów. Jestem dumna z tego, jak bardzo stara się odpuszczać, czego dowodem jest choćby ten blog - powstały między innymi dzięki odpuszczeniu oczekiwań, bez sensu nakładanej na siebie presji, dzięki próbie szczerości i przyjęcia siebie taką, jaką się jest. Piękny był (jest) ten rok! A w kolejnym to wcale nie będę "nowa ja". Mam nadzieję, że to będę "ja" taka, jaką naprawdę zostałam stworzona. Że dalej będę dopuszczać do głosu moją wrażliwość, empatię, relacyjność, a z drugiej strony potrzebę życia wewnętrznego, bycia ze sobą - ale też, że te cechy będę w sobie pielęgnować do tego stopnia, w którym mnie i innym będą służyć, a nie przyćmiewać. Hmm, czy to brzmi enigmatycznie? Jakoś tak niełatwo się czasem wyrazić.

Jestem podekscytowana na myśl o tym, jaki życie nasunie mi plan na rok 2022. Chcę być otwarta na to, co ma się zdarzyć, ale jednocześnie znów odkrywam w sobie radość ze spisania małych planów-celów. Częścią z nich się z Wami podzielę. Uwielbiam czytać i słuchać o codzienności innych osób, dlatego też ja chcę się odwdzięczać odkrywaniem kawałka swojej. 

A zatem, w 2022 roku chciałabym:

  • codziennie spacerować na świeżym powietrzu - choćby 15 minut;
  • codziennie przeczytać choć stronę wartościowej książki;
  • codziennie znaleźć chwilę dla siebie na spokojny oddech, przeżycie emocji i wyciszenie bodźców;
  • zapisać w dzienniku choć jedno zdanie dziennie.

W każdym moim postanowieniu jest "codziennie". Właśnie dlatego, że chciałabym uczyć się skupiać na jednym dniu na raz. 

    "Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne... Tylko dziś jest twoje"

Znacie metodę mikronawyków? Jej założenie jest takie, żeby zamiast stawiać sobie za cel "będę robić 50 pompek dziennie", postawić sobie cel śmiesznie mały, który z łatwością można osiągnąć, np. "zrobię 1 pompkę dziennie". Najtrudniej zazwyczaj jest zacząć. Jeżeli masz przed sobą 50 pompek, prawdopodobnie od razu zwątpisz w powodzenie i nawet nie podejmiesz się tego zadania. Ale jedna pompka? Kto by nie chciał poświęcić 5 sekund, żeby móc odhaczyć kolejny sukces tego dnia? Mnie ta metoda pomaga w uczeniu się systematyczności, której zdecydowanie mi brak. Dom buduje się cegła po cegle - tak samo jest z dobrymi nawykami, celami, zadaniami, projektami. Nawet jeśli zrobisz jakiegoś dnia śmiesznie mało, to będziesz już o to śmiesznie mało bliżej. 

A jeżeli coś w tych noworocznych planach pójdzie nie tak? Jeżeli się nie uda? Albo życie podpowie inny plan? To też jest OK! W takim wypadku odsyłam do poprzedniego postu: Wyluzuj i odpuść. Nic nie musisz. 

Jeżeli zechcecie podzielić się swoimi planami lub ich brakiem na 2022 rok, to będzie mi ogromnie miło! Zachęcam do komentowania tutaj lub pisania wiadomości prywatnych na moim profilu na Instagramie: @wczesnymrankiem.

Ściskam jeszcze w starym roku na cały ten nowy
Kasia L.

stajenka betlejemska, Maryja, Jezus i Józef, gwiazda betlejemska, Boże Narodzenie, akwarela

Jak nie być zmęczonym przy stole wigilijnym i cieszyć się Bożym Narodzeniem


O odpuszczaniu wiele nauczyła mnie ostatnio pewna osoba, która ćwiczyła ze mną rezygnowanie z obowiązków i oczekiwań, które nadmiernie na siebie nakładam. Gdy opowiadałam jej, ile mam do zrobienia i na ile spotkań się umówiłam, patrzyła na mnie z troską i zachęcała do niebrania na siebie zbyt wiele na raz. Gratulowała, gdy odwołałam spotkanie, przyznając tym, z którymi się umówiłam, że nie mam teraz sił. Nieraz robiłam to z ogromnym trudem, bijąc się z myślami i wyrzutami sumienia. Zawsze przynosiło mi to jednak więcej przestrzeni i spokoju, poczucie zadbania o moje podstawowe potrzeby, zauważenia samej siebie. Pomagało (i pomaga) być dla innych na 100% wtedy, kiedy się z nimi spotykam lub z większą radością realizować moje plany czy obowiązki. Wyobrażam sobie moje wnętrze jako dzban, który - gdy wyczerpię wszystkie siły - jest po prostu pusty. Nie mam wtedy z czego nalać nikomu innemu. Ale jeżeli odpuszczę raz czy dwa (choć czasem trzeba i piętnaście, żeby poczuć się lepiej), dzban się napełnia, bo dbam o siebie, kocham siebie. Wtedy mam zasoby, żeby miłością obdarzać też innych.

Uczę się być wyrozumiałą dla siebie, patrzeć na siebie z troską i budować tę świadomość, że jestem wystarczająco dobra. Moje 100% możliwości to te, które mam dzisiaj, nie ma jakiejś odgórnej wartości. Dziś stoma procentami może być jedno spotkanie czy wykonanie jednego zadania, a jutro pięciu. Codziennie są inne siły, inna sytuacja.

Jak to się ma do nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia? Bardzo prosto. Wszyscy znamy tę przedświąteczną bieganinę, odhaczanie kolejnych rzeczy z listy zadań, całe dnie w kuchni czy przy mopie, załamanie w centrum handlowym i takie tam... Czasem po prostu warto odpuścić, wyluzować się, żeby do stołu nie zasiąść zupełnie wyczerpanym - bo w takim razie po co te przygotowania, skoro nie mam siły na to, do czego się przygotowywałam?

Myślę, że warto zadać sobie w tym czasie pytanie: co jest dla mnie w tych świętach najważniejsze? A potem skupić się na tym jednym, pilnować, żeby tam ulokować najwięcej uwagi i sił. Bo pamiętaj, że jeżeli ze swojego wewnętrznego dzbana porozlewasz po trochu po wszystkich szklankach i szklaneczkach, to nie zostanie już nic, żeby nalać tam, gdzie najbardziej chcesz. 

Dla mnie Święta Bożego Narodzenia to spotkanie po długim oczekiwaniu. To radość z bycia w relacji, radość z bycia ocalonym, ukochanym. Najważniejsze spotkanie: z Jezusem. Ogromnie ważny dla mojego serca też czas spędzony z rodziną. Do tego piękne światełka, śnieg, choinka, dobre jedzenie. Uwielbiam po prostu chłonąć ten klimat i chłonąć to, co jest dla mnie sednem. 

Oczywiście, nie rzucę mopa i nie zrezygnuję z pieczenia ciast. W końcu to oczekiwanie na narodziny, a jak każde takie oczekiwanie - oprócz ekscytacji i miłości przepełnione jest także wszelkiego rodzaju przygotowaniami, żeby jak najlepiej wejść w tę nową sytuację. Ale na pewno zastanowię się, z jakich spraw mogę zrezygnować, co da mi więcej przestrzeni na te ważniejsze. Niech będzie ich 5, 3, może chociaż jedna. To już będzie jakiś krok ku odpuszczeniu.

Wyluzuj i odpuść. Bardzo polecam!

A oprócz tego życzę Wam wszystkiego pięknego na te Święta. Żebyście mogli spędzić ten czas tak, jak naprawdę tego pragniecie. Dziękuję, że jesteś!

Ściskam
Kasia L.

akwarela ilustrująca wolność, ptaki na niebie, a na dole miasteczko


Był taki czas, w którym będąc studentką, w każde wakacje wyjeżdżałam na kolonie jako opiekun. Przebywanie 24 godziny na dobę z dziećmi nauczyło mnie wiele: że dzieci nie umyją się na samo polecenie, że prawdopodobnie nie zrobią nic z rzeczy, które uważam za naturalne, że pokochają mnie od pierwszego wejrzenia tylko dlatego, że jestem ICH opiekunką (co jest swoją drogą ogromnie urocze) oraz... że rozumienie bycia "dobrym wychowawcą" jako pobłażliwość, nieodmawianie i luźne podejście wcale nie sprawia, że dzieci będą czuły się świetnie, a o Tobie będą myśleć, że jesteś super. 

Kolonie, na które jeździłam jako opiekun, były prowadzone przez bardzo mądrego i doświadczonego kierownika, mającego raczej podejście "lepiej zacząć z większymi granicami i stopniowo je zmniejszać, jeżeli okażą się zbyt restrykcyjne, niż zacząć bez granic, a dopiero później je wprowadzać". 

Można by pomyśleć, że skoro coś nakazuję, to ograniczam wolność. To złudne przekonanie. Gdy stawiam granice innym, oni dalej mają wybór: mogą je zaakceptować, ale mogą też wybrać przekroczenie ich. Granice dają dzieciom punkt odniesienia, a to z kolei - poczucie bezpieczeństwa. Bez granic odczuwają niepokój, ponieważ nie wiedzą, czy droga, którą podążą, będzie im służyć, czy okaże się zła. Zakładam, że nikt z nas nie lubi znajdować się w ciemną noc pośrodku niczego i nie widzieć żadnej ścieżki. Tak zobrazowałabym wolność anarchiczną. No właśnie, wolność to nie anarchia, bezład, bezprawie, chaos. Wolność to w moim odczuciu przestrzeń, w której człowiek może w poczuciu bezpieczeństwa dokonywać wyborów i żyć w zgodzie ze sobą, nie krzywdząc przy tym innych. Nie jest to definicja ani trochę wyczerpująca, ale zawiera w sobie to, co dla mnie w wolności jest kluczowe: właśnie poczucie bezpieczeństwa, które dają m.in. jasno postawione granice.

Ustaliliśmy już, że granice są ważne zarówno dla osoby, która je stawia (pozwalają zadbać o swoje potrzeby, strzec własnej przestrzeni itp.), jak i dla tych, wobec których są one stawiane (stanowią punkt odniesienia, dając poczucie jasności sytuacji). Myślę sobie jednak, że gdybym czytała post jak ten, szukałabym w nim przede wszystkim informacji o tym, w jaki sposób stawiać granice. Dlatego przejdźmy do praktyki.

Jak stawiać granice?

Jako osoba, która przez całe dotychczasowe życie praktycznie nie potrafiła mówić o swoich potrzebach i stawiać jasnych granic, typowa ortodoksyjna altruistka, pragnąca nieba przychylić wszystkim, choćby kosztem siebie, mogę powiedzieć, że praktyka czyni mistrza. 

Niezależnie od wiary i wyznawanych wartości, znacie na pewno drugą część przykazania miłości Miłuj bliźniego jak siebie samego. Nie wiem, czy ktoś mi to powiedział, czy pewnego dnia samo to do mnie przyszło, ale odkryłam, że w tym zdaniu kryje się jeszcze większa głębia, niż myślałam. A konkretnie w wyrazie JAK. Jezus nie mówi: kochaj swojego bliźniego bardziej/mniej niż siebie samego. Mówi za to: kochaj go TAK SAMO jak siebie. Ja robiłam wszystko, żeby przedkładać innych ponad siebie, kochać ich  b a r d z i e j. Dopiero zrozumienie tego zdania uświadomiło mi, że powinnam traktować siebie na równi z innymi, to znaczy, że moje potrzeby są tak samo ważne jak te, które chciałabym zaspokoić u innych. Gdy to zrozumiałam, poczułam się właśnie WOLNA. Jednocześnie pięknym i bardzo praktycznym punktem orientacyjnym (a zatem powodem, skutkiem, celem) stawiania granic jest miłość - do siebie i innych.

Czyli w końcu jak stawiać granice? Odpowiedź mogłabym właściwie zawrzeć w kilku słowach, które w dodatku byłyby tytułem książki o asertywności, znalezionej przeze mnie jakiś czas temu w bibliotece - to znaczy "Łagodnie, stanowczo i bez lęku". Łagodnie, bo krzyk, płacz czy podnoszenie głosu nic nie dadzą, powodują jedynie, że wytwarza się atmosfera konfliktu i bardzo możliwe, że druga strona automatycznie przybierze postawę obronną, ponieważ poczuje się zaatakowana. Zresztą myślę, że dbaniem o swoje granice nie chcemy nikogo skrzywdzić. Stanowczo, ponieważ skuteczny komunikat to taki, który wybrzmi jasno. Będzie to z korzyścią dla wszystkich - jasny komunikat da poczucie bezpieczeństwa. Bez lęku, bo mamy prawo do dbania o siebie jako o najbliższą osobę, z którą spędzimy całe życie. Lęk ma to do siebie, że jest irracjonalny. Często godzi w naszą pewność i ocenę sytuacji, powodując zamęt. 

Do tych podstaw dodałabym jeszcze parę określeń:

  • klarownie - to znaczy w sposób możliwie prosty i krótki;
  • z wytłumaczeniem, ale bez tłumaczenia się - "nie bo nie" to mało sprawiedliwy argument; uważam, że z szacunku do innych warto wytłumaczyć, dlaczego stawia się granice akurat w tym miejscu. Dodatkowo, prośba, która zostanie zrozumiana, a nie tylko wzięta na wiarę, zawsze ma większą szansę zostać spełnioną. Jako ludzie dążymy raczej do racjonalizacji;
  • konsekwentnie - jeżeli np. mówimy "nie", a potem w popłochu to odwołujemy, to wprowadzamy w błąd i siebie, i innych; sprawiamy, że granice są niejasne, a współrozmówca może czuć się niepewnie, bo nie wie, co może robić, a czego nie powinien. Oczywiście nie chodzi o to, żeby nigdy nie zmieniać zdania! Ważne, żeby nie powodowała tego niepewność i lęk;
  • w zgodzie ze sobą, ale też z wolnością innych - piszę tu o tym, bo np. powiedzenie swojemu mężowi/rodzicom/współlokatorom, że od dzisiaj nie będziesz sprzątać, bo to przekracza Twoje granice, i że życzysz sobie, żeby to robiła ta druga osoba, nie będzie raczej najlepszym pomysłem.

Gdzie i po co stawiać granice?

Nieraz zastanawiałam się, czy dana sytuacja jest już momentem, w którym moje granice zostaną przekroczone. I z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli się nad tym zastanawiam, to odpowiedź najprawdopodobniej brzmi TAK. 

W moim przypadku jedną z największych trudności jest stawianie granic w momencie, gdy z różnych powodów potrzebuję pobyć sama, ale ktoś prosi mnie o pomoc/rozmowę/chce spędzić ze mną czas. W imię poświęcenia (co do którego mam przekonanie, że samo w sobie jest dobre) notorycznie rezygnowałam z siebie. Gdyby wypisać listę moich priorytetów w relacjach, ja sama byłabym na końcu. Naprawdę, niemal codziennie miałam w głowie listę do "odhaczenia" - jeżeli zadbałam o wszystko, wtedy przychodził czas na mnie. Możecie sobie wyobrazić, jak rzadko to się zdarzało.

Jest taka historyjka (bo anegdotką tego nazwać nie można), która przydarzyła mi się dość dawno temu i dobitnie pokazała, że gdzieś jest problem. Byliśmy na spacerze z naszymi przyjaciółmi i ich znajomymi, spędzaliśmy dobrze czas. Było nam razem na tyle miło, że przyjaciele zaproponowali (mimo późnej jak dla mnie godziny), żebyśmy pojechali jeszcze do nich na planszówki. Odmówiłam, ale niepewnie, bo nie byłam w ogóle asertywna, a już na pewno nie wobec bliskich mi osób, z którymi uwielbiam spędzać czas. Jestem osobą bardzo relacyjną, rodzinną i trudno mi czasem przekonać samą siebie, że to, że w danej chwili odmawiam, nie oznacza, że kogoś nie lubię, tylko że  t e r a z  potrzebuję czegoś innego. Wracając do tematu, moi znajomi, słysząc niezbyt pewną odmowę, stwierdzili w dobrej wierze, że warto mnie namawiać, bo wyglądam raczej na nieprzekonaną niż na "nie przekraczaj moich granic". Ostatecznie zgodziłam się pojechać, chcąc poświęcić się relacji. Skończyło się wręcz dramatycznie. Grałam w planszówki ze łzami w oczach i głębokim poczuciem, że nie szanuję siebie. Przyjaciele oczywiście od razu to wychwycili i ich wieczór również był przez to smutny, bo czuli, że przekroczyli moje granice (choć nie mogli o tym wiedzieć wcześniej, bo nie dałam jasnego sygnału). Od tej pory wiem, że jeśli nie zadbam o swoje potrzeby, to  choćbym nie wiadomo jak się poświęcała, będzie to bez większego sensu i raczej bez dobrego owocu.

To zabrzmi jak banał, ale stawiaj granice tam, gdzie czujesz. Po to, żeby zadbać o wolność swoją i innych. Żeby nie wyczerpywać całych pokładów energii, którą masz w sobie, na raz. Po to, żeby być też z samym sobą. Z troski o innych - żeby to, co robisz, wynikało z tego, że decydujesz się na to bez przymusu. Dzięki temu i Ty, i Twoje otoczenie będzie działać w wolności. Z przejrzystymi wyborami, potrzebami i granicami.

A jeśli dalej nie potrafię? Czyli jak praktykować stawianie granic i mówienie o swoich potrzebach

Nie jestem ekspertem. Nie jestem nawet jeszcze dobra w stawianiu granic i mówieniu o swoich potrzebach. I właśnie dlatego ta tematyka jest mi taka bliska i chcę podzielić się tym, co mnie pomaga.

Przede wszystkim pomaga mi wyrozumiałość dla samej siebie - nie wszystko uda się od razu i nie każdą moją granicę będę w stanie obronić. Czasem dopiero, gdy stanie się tak, że zostaną przekroczone, dociera do mnie, w którym miejscu tak naprawdę są. I to jest OK. Po drugie, metoda małych kroczków. Mogę próbować powoli, najpierw w błahych sprawach wyrażać swoje potrzeby. Nie muszę od razu ustawiać całego swojego życia, ba, wydaje mi się to nawet niewskazane. Mogę się też mylić. Całe życie uczymy się siebie, całe życie też się zmieniamy!

U mnie to jest tak, że przy podejmowaniu decyzji zazwyczaj skłaniam się ku którejś z opcji, mam coś na kształt intuicji, w którą stronę chcę podążyć. Dlatego tak ważna wydaje mi się umiejętność zatrzymania się i zapytania samego siebie z jednej strony, czego chcę, a z drugiej - jak to się ma do moich wartości, mojej aktualnej sytuacji czy ważnych dla mnie osób. Spędzanie czasu z samym sobą, dostrzeżenie swoich emocji, sygnałów z ciała, myśli, pomaga pozostawać w kontakcie ze sobą. A to sprzyja umiejętnemu stawianiu granic i dbaniu o swoją wolność.

Można też wtajemniczyć bliską osobę w to, że w danej kwestii mam problem ze stawianiem granic. Taka osoba, gdy zauważy coś niepokojącego, powie o tym i pokaże, że to jedna z "tych" sytuacji. Mam takie osoby w swoim najbliższym gronie i są moją wielką pomocą! Gdy widzą, że biję się z myślami lub mam wyrzuty sumienia, mówią mi: "Hej, przecież wiesz, że masz z tym problem i że potrzebujesz tego i tego". Zawsze kończy się na "No wieeem, masz rację...". Nie chodzi o to, żeby zwalać odpowiedzialność za siebie na innych, ale żeby w tym trudnym okresie uczenia się mieć wsparcie i "przypominajkę". Każdy na to zasługuje.

Na koniec małe porównanie. Państwo, strzegąc wolności, strzeże swoich - nota bene - granic. To między innymi one sprawiają, że zachowuje autonomię, odrębność i ma własną przestrzeń, w obrębie której może rozwijać się i decydować. To daje poczucie wolności. Jednocześnie granice państw są pewną umową, układem, którego potrzebujemy. Bez nich na świecie panowałby nieład, ludzie nieustannie wchodziliby w swoje kompetencje, nie byłoby punktu odniesienia, w obrębie którego można by budować choćby tożsamość narodową. I niewątpliwie konsekwencji byłoby wiele więcej, niż byłam w stanie wymienić.

Granice wyznaczają wolność, wolność wyznacza granice. Mam wrażenie, że te dwie kwestie mocno się przenikają. Spróbuj postawić granice tam, gdzie wcześniej nie potrafiłaś/łeś ich postawić, oczywiście z miłością i poszanowaniem dla innych. Poczujesz wolność. A przynajmniej takie jest moje doświadczenie.

Życzę owocnej troski o swoje potrzeby i kochania siebie tak samo jak każdego człowieka!

Ściskam
Kasia L.



stos książek, obok kubek kawy, filologia polska, akwarela

Jak wspominam kierunek Filologia polska po dwóch latach od ukończenia

Gdyby podliczyć godziny spędzone w bibliotece, zsumowałoby to się chyba na co najmniej rok. Stres, płacz, niemoc, zarwane noce, mdłości przed egzaminami. Jedzenie na mieście, przesiadywanie na wydziale do wieczora, tony odręcznych notatek, mnóstwo wydrukowanych skryptów... Brzmi jak codzienność studenta medycyny? Otóż nie! To tylko (aż) filologia polska.

Przyznaję, że wybierając ten kierunek, nie spodziewałam się, z czym to się będzie wiązało. Lubiłam zagadnienia dotyczące języka, lubiłam książki, a od pewnego czasu ogromną przyjemność sprawiało mi poprawianie tekstów. Zamarzyłam o byciu redaktorem językowym. W mieście, w którym chciałam studiować, nie było osobnego kierunku "Edytorstwo", za to filologia oferowała taką specjalizację. Stwierdziłam, że to nawet lepiej, będę miała szersze możliwości w razie czego. Większość znajomych i rodziny pytała mnie: Chcesz zostać nauczycielką? Nie chciałam, ale dobrze rozumiałam to pytanie, bo sama nie byłam pewna, co można robić po filologii. Wiedziałam tyle, że chcę to studiować.

W życiu nie spodziewałabym się, że te studia będą takie wymagające! I jednocześnie nie przypuszczałabym, że tyle mnie nauczą. Ale zacznijmy od podstaw. 

O filologii polskiej w praktyce - jak skonstruowany jest kierunek

W mieście, w którym studiowałam (choć przypuszczam, że we wszystkich miastach jest podobnie) przedmioty na filologii polskiej podzielić można było zasadniczo na trzy zakresy: literaturoznawstwo, językoznawstwo, kulturoznawstwo. 

Literaturoznawstwo to z jednej strony zajęcia dotyczące historii literatury (czyli omawianie po kolei każdej epoki wraz z powstałymi w danym czasie utworami), a z drugiej - teoria literatury, to znaczy nauka o tym, jak zbudowane są teksty, o sposobach ich interpretacji, różnych podejściach teoretycznych itp. Teoria jest skomplikowana i operuje na sporym poziomie abstrakcji, ale odkąd trafiłam pod opiekę do pewnej Pani Profesor, zakochałam się w tej dziedzinie i już do końca studiów została moją ulubioną, którą najwięcej się zajmowałam. Gdy po teoretycznoliterackim licencjacie postanowiłam (z powodu kryzysu roku trzeciego, który trzymał mnie zresztą już do końca studiów; dygresja: był tak silny, że realnie marzyłam o rzuceniu studiów i zatrudnieniu się w warzywniaku) pójść napisać magisterkę z historii literatury, zrozumiałam, że gdybym kiedykolwiek chciała i mogła zostać na uczelni, byłabym teoretykiem. I znawcą twórczości Baczyńskiego, oczywiście.

Na językoznawstwo składały się: gramatyka, historia języka, dialektologia, fonetyka, składnia i inne tego typu zagadnienia. Tak, to właśnie dlatego tak słynne wśród studentów są legendy o starocerkiewnosłowiańskim, którego kiedyś uczono na tym kierunku, czy o jerach i dziwacznej prasłowiańskiej pisowni wyrazów. Generalnie interesujące rzeczy, można zabłysnąć w towarzystwie, ale żeby to wszystko pojąć, trzeba było wznieść umysł na wyżyny i przede wszystkim dużo się uczyć. Na przedmiotach językoznawczych dość często chodziło się do tablicy i pisało kolokwia.

Zajęcia kulturoznawcze jak dla mnie były najmniej konkretne i nie przepadałam za nimi. To na nich najłatwiej było odpłynąć w rozmowie na tematy niby na temat, które kończyły się półtoragodzinną pogadanką o poglądach społeczno-polityczno-religijnych. Czyli grząski grunt. Ale niektórzy wyraźnie to lubili. 

Moje doświadczenie studiów filologicznych

Mimo że wiedziałam, że trzeba będzie dużo czytać, nie przypuszczałam, że to "dużo" będzie oznaczać np. 64 lektury do egzaminu z romantyzmu, a przy tym artykuły i rozdziały na różne inne przedmioty, zaliczenia, kolokwia itp. Uczyłam się naprawdę dużo, a i tak moje czytanie polegało głównie na panicznym chwytaniu książki, dotarciu gdzieś do połowy, a potem rzucaniu jej i w pośpiechu czytanie innej. Moje tempo czytania nie było zachwycające, jak można wywnioskować z tej opowieści, ale muszę przyznać, że dzięki polonistyce naprawdę znacznie się poprawiło. Nauczyłam się też czytać lepiej - z większym zrozumieniem, z lepszą strategią, wyrabiając sobie opinię i potrafiąc się wypowiedzieć na przeczytany temat. Dla mnie to wielka zaleta tych studiów, umiejętność przydaje mi się na co dzień.

Pamiętam jak przed pierwszym egzaminem ustnym, to była literatura oświecenia, byłam spięta jak struna i miałam takie mdłości, że nie mogłam spać. Samo wydarzenie okazało się do przeżycia i dostałam niezłą ocenę, ale do końca studiów nie mogłam się pogodzić z tym, że na filologii praktycznie nie było innej formy egzaminu niż ustna. Uważałam ją za niesprawiedliwą. Jako niezbyt dobry mówca, często nie potrafiłam obronić mojej wiedzy lub (w razie jej niedostatku) umiejętnie pokierować rozmową, jak to robili niektórzy. Poza tym każdy dostawał/losował inne pytania, więc szanse były dość nierówne - jednym dane zagadnienia przypasowały, innym nie. Wiecie, mogłabym np. śpiewająco znać 5 tematów, a nie zdążyć nauczyć się szóstego, wylosować go i już wrzesień murowany. I na odwrót - nauczyć się jedynie 1 tematu, akurat na niego trafić, i proszę - piąteczka. Egzaminy ustne były dla mnie największym stresem, ale dzięki nim bardzo poprawiły się moje zdolności prowadzenia rozmowy na tematy naukowe, wypowiadania się i panowania nad emocjami. 

A dla przeciwwagi, bo każdy akapit zaczynam odstraszaniem od tego kierunku, powiem, że najważniejsze, co dały mi te studia, to umiejętności miękkie i mnóstwo radosnych i trudnych wspomnień. Było intensywnie, nie da się ukryć. Spotkałam kilku wspaniałych wykładowców, bardzo poświęconych swojej pracy i studentom, wiele ciekawych osób wśród rówieśników i przeżyłam wyjątkowy czas (choć nie stereotypowo studencki, na imprezach i posiadówkach w akademiku, choć na pierwszym roku nawet trochę udawałam, że lubię chodzić do klubów): zwiedziłam mnóstwo knajp z dobrym jedzeniem z przyjaciółką, spędziłyśmy godziny na odpytywaniu się i opowiadaniu sobie nawzajem o lekturach, przesiedziałam co najmniej miesiące w bibliotece, wzięłam udział w programie tutoringowym. To tylko niektóre wspomnienia, które ze mną zostaną. Filologia polska dała mi, paradoksalnie może, dużo możliwości. Można by powiedzieć, że nie dała mi konkretnego "fachu" do ręki, ale uwrażliwiła, otworzyła moją głowę na nowe, zaciekawiła wielością literatury i tematów z nią związanych, zainspirowała do działalności na różnych polach. 

Plusy i minusy studiowania filologii polskiej

Na koniec, dla osób, które z mojej zawiłej dość opowieści nie wyłapały, czy właściwie warto iść na filologię polską, przedstawiam zupełnie subiektywną listę plusów i minusów tego kierunku.

Zalety:

  • porządny zastrzyk przeczytanej literatury
  • rosnąca świadomość językowa, konstrukcji języka, jego pochodzenia itp.
  • wiele umiejętności miękkich (m.in. wypowiadanie się, pisanie, wyrabianie sobie opinii i jej wyrażanie)
  • paradoksalnie, szeroki zakres możliwości zdobycia pracy - poloniści są dość pożądani na rynku pracy ze względu właśnie na swoje umiejętności miękkie (*jednocześnie minusem jest to, że są to często prace w instytucjach kulturalnych czy innych państwowych placówkach, a więc niskopłatne)
  • spotkanie z drugim człowiekiem i jego opinią
  • dla osób zainteresowanych literaturą, językiem i kulturą, to są bardzo ciekawe studia (mimo niektórych przedmiotów), poszerzające horyzonty

Wady:

  • praktycznie same egzaminy ustne (które uważam, że trudno przeprowadzić w pełni sprawiedliwie)
  • duże pole do odbiegania od tematu na wielu zajęciach, zwłaszcza na tematy społeczno-polityczno-religijne (często drażliwe)
  • dużo zajęć i stresu, a na każde zajęcia trzeba się przygotować - coś przeczytać, przygotować prezentację, odrobić jakieś zadanie, przemyśleć dany temat
  • materiał pędzi - od jednej do kilku książek do przeczytania w tygodniu
  • mało specjalizacji do wyboru (przynajmniej w mieście, w którym studiowałam)

Czy warto wybrać te studia? 

Gdybym cofnęła się w czasie to, mimo przewlekłego stresu, który te studia mi sprezentowały, wybrałabym je jeszcze raz. A jednocześnie nie chciałabym się cofać w czasie, żeby ponownie to przeżywać. Pięć lat polonistyki w znacznym stopniu mnie ukształtowały. Przede wszystkim naukowo, ze względu na możliwości i wsparcie, które otrzymałam od tych paru wykładowców, których nie zapomnę, a dzięki którym moja wiara w ten kierunek nie gasła, mimo zderzania się ze ścianą z wielu stron. Językowo - bo choć pisania było dużo mniej, niż myślałam, to teksty sprawdzane były zwykle bardzo krytycznym okiem, co pozwoliło mi zwracać uwagę na błędy, które dotychczas pomijałam. I prywatnie - nauczyłam się nie stresować nadmiernie egzaminami ustnymi i wypowiedziami, więcej rzeczy, które mnie dotykały, po prostu "olewać", ale też patrzeć szerzej, ze spokojem i zaciekawieniem wysłuchiwać opinii, również tych odmiennych od mojej.

Jednocześnie najwyższy czas zaznaczyć, że moja osobowość jest dość... specyficzna. To znaczy jestem osobą, która bardzo się przejmuje, dużo zamartwia i generalnie nietrudno ją zestresować. Ludzie mają różne podejście, różny sposób bycia i wiem, że niektórzy znajomi z mojego roku czy innych lat/tego samego kierunku w innym mieście mogliby się z tym postem nie zgodzić. W każdym razie opowiadam jedynie o swoim doświadczeniu.

A w ogóle to słyszałam gdzieś (mam nadzieję, że nie powielam plotek), że do pracy przy grze Wiedźmin szukali polonistów, bo potrzeba było napisać scenariusz wypełniony żartami z inteligentnymi aluzjami do wytworów kultury. Patrząc przez ramię Mężowi, który w zeszłym roku przechodził Wiedźmina 3, muszę przyznać, że jeżeli to prawda, to całkiem im to wyszło! Także wiecie - możliwości na kreatywną i ciekawą pracę się zdarzają ;) Ja z moich obecnych prac jestem bardzo zadowolona, chociaż droga nie jest prosta. Ale właściwie po jakim kierunku droga jest prosta? Każdy młody dorosły wchodzący na rynek pracy związany ze swoim wyuczonym zawodem ma raczej podobne problemy. To jednak temat na osobny wpis, może kiedyś.

ozdobna linia z motywem roślinnym, separacyjna

Czy są tu jakieś osoby, które łączyły się ze mną w bólach studiowania filologii? Albo czytelnicy z innych kierunków, którzy mają podobne odczucia i chcieliby się nimi podzielić? Chętnie poczytam!

Ściskam
Kasia L.


słońce przebijające się przez drzewa w lesie, akwarela

Pewnego razu zwierzałam się zaufanej osobie z tego, że stale wpadam w te same wady. Zazdrość, ciągłe narzekanie, plotkowanie, obmowy i gadanie bez sensu... Okropnie mnie to frustrowało, bo ja wcale nie chciałam tak żyć. To się działo jakby samo, nie mogłam się powstrzymać przed poddaniem się tym samym schematom. Opracowywałam sobie sposób walki z każdą z tych wad, ale było tego tak dużo, że za każdym razem kończyło się podobnie. Nie chciałam nikogo ranić swoimi nieprzemyślanymi słowami, nie chciałam chować w sobie zazdrości, gniewu czy malkontenctwa. Na tapecie w telefonie miałam ustawiony cytat z I Listu do Tesaloniczan (który do dzisiaj jest mi ogromnie bliski) Zawsze się radujcie.

Mój rozmówca wysłuchał mnie uważnie, a potem z wielką serdecznością i ciepłem powiedział: Kasiu, na to wszystko jest jedna wspólna metoda. Wdzięczność. Sama praktyka wdzięczności może nie jest zbyt odkrywcza, bo dość popularna przy obecnie panujących trendach journalingu, które zachęcają m.in. do wypisania każdego dnia 3 rzeczy, za które jest się wdzięcznym. Mnie w tamtej radzie ujęło to, że wdzięczność jest naprawdę balsamem na wiele różnych trudności. Że na te z pozoru niezwiązane ze sobą wady może pomóc jedna rada. Prosta, a zarazem taka trudna.

Nie prowadzę dziennika wdzięczności. Nie budzę się każdego dnia z uśmiechem na ustach, przeciągając się i wskakując z entuzjazmem w poranek. Dalej jest we mnie sporo zazdrości i porównywania się z innymi, nadal miewam ochotę na narzekanie i plotki. Dużo pracy jeszcze przede mną, żeby żyć tak, jak naprawdę bym chciała. Ale zaczęłam do swojego życia wprowadzać wdzięczność tak, jak tylko potrafię.

Idąc rano do pracy często zastanawiam się, co jest w mojej codzienności tak oczywiste, że zapomniałam, że to też jest darem. Kiedy ostatnio cieszyłam się ze zdrowych zmysłów, wszystkich pięciu? Z obu rąk i nóg? Z tego, że mam pracę? Że obudziłam się dziś w ciepłym łóżku i wypiłam gorącą kawę? Zamiast narzekać na popołudniową zmianę i późny powrót do domu, wolę docenić to, że mam cały poranek dla siebie i nie muszę się spieszyć jak co rano. Gdy przytłacza mnie liczba spotkań towarzyskich zaplanowanych w najbliższym czasie (a dlaczego tak miewam, o tym w moim poprzednim wpisie: Jestem introwertykiem), kierunkuję swoje serce na wdzięczność, że mam wokół siebie tyle bliskich osób, które chcą ze mną spędzić swój wolny czas. Każdy medal ma dwie strony.

Wdzięczność nie sprawi, że trudności znikną. Wdzięczność daje przeciwwagę tej stronie naszego umysłu, która podpowiada, że wszystko jest do kitu. Po prostu wnosi więcej radości do życia, pozwala spojrzeć inaczej, zachować pogodę ducha. Mnie bycie wdzięcznym pomaga w nieporównywaniu się z innymi i autentycznej radości z tego, ile dobra ich spotyka. 

Lubię też moment wieczorem, gdy siadam na pościelonym łóżku, przebrana w piżamę, gotowa do snu i próbuję przypomnieć sobie wszystkie dobre sytuacje, które mnie danego dnia spotkały. Dzięki temu zachowuję dłużej w pamięci miłe chwile, zwracam na nie większą uwagę (bo wiadomo, że w życiu jak to w newsach - najwięcej uwagi skupiają te złe). Zasypiam z lepszym nastawieniem i większą uważnością, z bardziej poukładanymi myślami. Właśnie, bo wdzięczność też pozwala być uważnym, to znaczy przestawić się z trybu działania na tryb bycia. Dodatkową korzyścią jest więc też odpoczynek ciała i umysłu.

Czy istnieje metoda na szczęście? Oczywiście, że nie. Każdy definiuje je inaczej. Bycie wdzięcznym to docenienie daru życia i zamiast gonitwy za tym, co ma przynieść mi abstrakcyjne poczucie satysfakcji, które wypala się, gdy tylko osiągnę kolejny cel - spełnianie marzeń z radością i spokojem, jednocześnie ciesząc się tym, co mam. Bo to już jest wystarczające.

Ściskam,
Kasia L.

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O MNIE


Kasia Lewandowska

Polonistka pracująca jako bibliotekarz
i redaktor, spełniająca się też w roli pisarki.
Szczęśliwa żona i mama, ucząca się kochać życie i wypełniać sensem każdy dzień.

Więcej o mnie: Szerzej o mnie i blogu

A na co dzień udzielam się tu: instagram.com/wczesnymrankiem

Zapraszam!


(fot. Justyna Szyszka / bezflesza)

LUBIANE WPISY

  • (Ty)dzień cudów
  • Podsumowanie 2025 i plany na 2026
  • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
  • Wspieraj się jesienią
  • Przyjaźń. Instrukcja obsługi

INSTAGRAM

instagram @wczesnymrankiem

ARCHIWUM

  • ▼  2026 (2)
    • ▼  września (1)
      • (Ty)dzień cudów
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2025 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2023 (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2022 (34)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2021 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (2)

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Miło mi!
Dzięki, że jesteś i czytasz :)

Copyright © wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki. Designed & Developed by OddThemes