wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki
  • STRONA GŁÓWNA
  • CODZIENNOŚĆ
    • Radości
    • Refleksje
    • Organizacja
    • Chwila dla siebie
    • Z pamiętnika
  • KREATYWNIE
    • Opowiadania
    • Dom
    • Sztuka
  • POLONISTYKA
    • Pisanie
    • Książki
    • Studia polonistyczne
      i edytorstwo
  • OKOŁOPSYCHOLOGICZNE
  • POLECAM
  • O MNIE I BLOGU / KONTAKT

minimalistyczny stroik ze świeczką, akwarela

Zabrałam samą siebie na noworoczną randkę. Wiem, to dość popularne ostatnio w social mediach pod nazwą "solo date". Wszystko zaplanowałam: obmyśliłam trasę po różnych sklepach w poszukiwaniu wystarczająco dobrego kalendarza, dodałam do listy spacer po okolicy, a jako punkt docelowy wybrałam klimatyczną kawiarnię wśród bloków. Już parę dni wcześniej byłam niezwykle podekscytowana na myśl o takim wyjątkowym, zaplanowanym czasie z samą sobą. Potrzebowałam poukładać myśli, podsumować rok i zebrać marzenia na kolejny.

Po obejściu kilku sklepów, udało mi się znaleźć kalendarz niemal idealny - nieduży (mieszczący się do każdej torebki), miękki, w kwiaty, z tygodniową rozkładówką i miejscem na notatki, dodatkowymi kartkami z tyłu... Bez kalendarza czuję się jakaś zagubiona, zbyt wiele spraw piętrzy się w mojej głowie. Gdy zapiszę te najważniejsze, o których nie powinnam zapomnieć, czuję się lżej, bo wiem, że mam "pamięć zewnętrzną". A poza tym bardzo lubię odhaczać sprawy załatwione.

W kawiarni zamówiłam sobie cappuccino i ulubioną rurkę z bitą śmietaną, usiadłam na kolorowej kanapie w najdalszym kącie, na uboczu, chwyciłam mój notes, w którym zapisuję najważniejsze dla mnie sprawy i zabrałam się za podsumowanie roku 2022. Powoli, bez pośpiechu, przypominałam sobie kolejne małe i duże momenty tego roku. Zastanawiałam się, jak do tego, co się wydarzyło, miały się moje plany, wizje i nadzieje, a co mnie zaskoczyło. Co było najważniejsze, co zdominowało ten rok. Jakie drobnostki mnie ucieszyły. Co chciałabym szczególnie zapamiętać. 

Pomału czułam, jak myśli się rozplątują i robią miejsce nowym. Na koniec, gdy już spisałam to, co chciałam, posiedziałam sobie jeszcze chwilę tak po prostu, ciesząc się swoim towarzystwem. Jakie to mi było potrzebne! Gdy wróciłam do domu, zgrałam i obejrzałam jeszcze zdjęcia z zeszłego roku, uzupełniając moje notatki o wspomnienia, o których zapomniałam. Zorganizowałam sobie tę "randkę", bo czułam się przytłoczona. Po tych paru godzinach wróciły do mnie pomysły na wpisy na blog, na rolki na Instagramie i chęci do działania. Dlatego polecam zaplanowanie takiego specjalnego czasu dla siebie, raz na jakiś czas. To odświeżające, a poza tym dajemy sobie tym sygnał, że jesteśmy dla siebie ważni. Lubimy spędzać czas z bliskimi nam osobami. Czy z sobą samym jest tak samo? Czy lubię być we własnym towarzystwie?

Ja mam zamiar kontynuować w tym roku takie "randki". Czasem to będzie spacer, czasem kawiarnia, może kiedyś nawet kino? Możliwości jest wiele i na pewno będę dostosowywać plany do potrzeb. 

A skoro już mowa o planach na 2023 rok, podzielę się jeszcze tutaj moimi kilkoma. Przede wszystkim: nie wiem, jaki ten rok będzie. Z każdym kolejnym coraz bardziej dociera do mnie, że życie zaskakuje. To, co chciałabym na pewno, to poświęcić go mojej rodzinie, domowi. Skupić się też na profilaktyce samopoczucia, żeby stwarzać sobie wewnątrz i na zewnątrz bezpieczne miejsce, znaleźć i używać swoich "wentylów bezpieczeństwa". W związku z tym chciałabym kontynuować dbałość o to, co jem - wprowadzać do mojego dnia jeszcze więcej różnorodnego, zdrowego (i najlepiej szybkiego w przygotowaniu) jedzenia. Po drugie - co obiecuję sobie już od paru lat - wprowadzić regularną aktywność fizyczną. Nic specjalnego, jakieś spacery czy rozciąganie, byleby systematycznie. 

Systematyczności chciałabym też uczyć się tutaj na blogu i na Instagramie. Mam nadzieję rozwijać się w pisaniu jeszcze bardziej, częściej. Nie bać się publikować. Nie wstydzić się, że pokazuję moje życie i "co to wnosi?". Pokazywać, że zwykła codzienność jest czymś najbardziej fascynującym, co mamy.

No i marzą mi się fajne, klimatyczne wakacje, na przykład na wsi. Bardzo chciałabym też odwiedzić Wrocław na dłużej niż 2 dni i pokazać mężowi wszystkie moje ukochane miejsca tego miasta. I zrobić dla siebie coś nietypowego, na co zawsze żal mi było kasy: pedicure, manicure czy masaż.

Takie rzeczy zarysowują mi się w głowie na początku tego roku. O najważniejsze będę dbać, co do reszty mam luz z tym, czy przyjdzie, czy będzie zupełnie inaczej. A przede wszystkim chcę jeszcze bardziej ufać. 

I tego zaufania też Wam życzę! Niech ten rok będzie piękny, taki jaki będzie :)

Ściskam
Kasia L.

 

jasna gwiazda rozświetlająca nocne niebo nad miastem, akwarela

Piąty raz się zabieram za pisanie tego wpisu. Raz za bardzo się nad sobą użalam, drugim razem na bardzo wybielam moją rzeczywistość, opisując ją w samych superlatywach. Ani to, ani to nie oddaje tego, jaki był ten rok. Było po prostu różnie (jak w każdym roku, w końcu to 365 dni - całkiem sporo). Były wzruszenia, wrażenia, kolejne łzy niemocy, wielkie radości, dobre nowiny, zwątpienie i nowe nadzieje, małe sukcesy, ważne decyzje i dni zupełnie zwyczajne. Był zachwyt codziennością i było kompletne nią znudzenie czy zniechęcenie, czasem lęk.

Zacznijmy jeszcze raz. Mówiąc ogólnie, myślę, że ten rok zapamiętam jako okres dochodzenia do siebie po zakończeniu leczenia i czas budowania (głównie we własnej głowie) "nowej normalności". Dużą część roku poświęciłam na uczenie się radzenia sobie z przeżywaniem, zwykłego życia po trudnym psychicznie okresie, nowych nawyków i akceptowania rzeczywistości. Na wydobywanie na nowo radości, pasji i chęci. Na profilaktykę i rewidowanie mojego pojęcia o mnie samej.

Drugim, nie mniej ważnym, filarem tego roku już zawsze będą dla mnie podjęcie pewnej ważnej decyzji, do której dążyłam, myślę sobie, w pewien sposób od zawsze oraz wspaniała nowina w naszej rodzinie, która zwieńczyła 2022! Myśli o tym napawają mnie ogromną wdzięcznością za życie.

Jak zawsze, tak i w tym roku, odczułam wielką bliskość i wsparcie moich najbliższych, którzy stoją za mną murem. I w tym momencie to moje podsumowanie roku zaczyna brzmieć jak mowa na rozdanie Oskarów, ale nie jestem w stanie nie wspomnieć o tym, jakie ciepło czuję w sercu na myśl o moich najbliższych i o tylu dobrych relacjach, które udało mi się nawiązać/podtrzymać/rozwinąć w tym roku. 

ozdobna linia roślinna akwarela

Oprócz tego w 2022 roku...

✓ skończyłam 27 lat (i pierwszy raz poczułam, że to poważna sprawa)
✓ świętowaliśmy z mężem 3. rocznicę ślubu, 5. rocznicę zaręczyn i 10 lat związku!
✓ spełniliśmy kilka małych marzeń: o rowerowych wakacjach, długim urlopie, masażu w SPA, remoncie balkonu i zrobieniu tam miniogrodu
✓ napisałam tutaj 37 wpisów
✓ rozwijałam swoje konto na Instagramie @wczesnymrankiem (a właściwie bardziej siebie na tym koncie), starając się pokazać, że codzienność jest piękna
✓ przeczytałam ok. 14 książek, w tym zaliczyłam pierwszy w życiu e-book i sięgnęłam po fantastykę, z którą do tej pory obawiałam się, że mocno się nie polubimy
✓ kupiłam rolki i wróciłam do tej formy aktywności fizycznej
✓ zastanawiałam się, na jakich polach chcę się rozwijać, a na których na pewno nie - jednym słowem szukałam siebie
✓ zdarzyło się wiele przepięknych rzeczy, które mam w sercu

ozdobna linia roślinna akwarela

Dziękuję Ci, Boże, za wszystkich ludzi, których postawiłeś w tym roku na mojej drodze, za wszystkie doświadczenia, talenty i za siłę, którą mi dałeś! 

Dziękuję i Wam za ten wspólny rok na blogu i mam nadzieję na więcej.

Ściskam
Kasia L.

minimalistyczna choinka, akwarela

Wiecie, co jest niewątpliwą zaletą pisania bloga o codzienności? To, że mogę cofnąć się do dowolnego czasu z tego już półtora roku i zobaczyć, czym wtedy żyłam, o czym myślałam, jakie miałam zdanie na różne tematy. Słowem: jaka wtedy byłam.

Właśnie zajrzałam do swojego wpisu z zeszłorocznych świąt, Wyluzuj i odpuść. Święta Bożego Narodzenia skupione na relacji, i czytając uśmiechałam się na myśl o tym, jakie postępy poczyniłam przez ten rok w pracy nad sobą. Dziś już dużo łatwiej mi odpuścić i zaakceptować, że nie zawsze musi być idealnie. Dalej jestem na drodze, ale śmiało mogę powiedzieć, praktycznie nie zdarza mi się już umawiać więcej spotkań czy spraw niż dam radę w danym czasie. A to już coś!

Ale ja właściwie nie o tym. Zastanawiałam się, co napisać w tegorocznym świątecznym wpisie, a że weny brak, to zajrzałam do poprzedniego. Zanim jednak napiszę coś nowego, nie mogę się powstrzymać przed wklejeniem tu jednej z myśli, którą wtedy napisałam, a która dalej wydaje mi się niezwykle ważna:

Myślę, że warto zadać sobie w tym czasie pytanie: co jest dla mnie w tych świętach najważniejsze? A potem skupić się na tym jednym, pilnować, żeby tam ulokować najwięcej uwagi i sił. Bo pamiętaj, że jeżeli ze swojego wewnętrznego dzbana porozlewasz po trochu po wszystkich szklankach i szklaneczkach, to nie zostanie już nic, żeby nalać tam, gdzie najbardziej chcesz. 

Dla mnie Święta Bożego Narodzenia to spotkanie po długim oczekiwaniu. To radość z bycia w relacji, radość z bycia ocalonym, ukochanym. Najważniejsze spotkanie: z Jezusem. Ogromnie ważny dla mojego serca też czas spędzony z rodziną. Do tego piękne światełka, śnieg, choinka, dobre jedzenie. Uwielbiam po prostu chłonąć ten klimat i chłonąć to, co jest dla mnie sednem. 

Chcę podtrzymywać w sobie dziecięcą radość z Bożego Narodzenia, to takie moje małe marzenie. Zaczynając od najważniejszego: skupienia, oczekiwania w radości, modlitwy, kontemplacji, spotkań - zdawania sobie sprawy z tego, o czym te święta są. W drugiej kolejności dbając o detale, które wpływają na mnie kojąco i nastrajają na świętowanie: choinka, ozdoby, świąteczne piżamy, światełka, książki (już zaplanowałam na przerwę świąteczną kolejną część Jeżycjady, dziejącą się właśnie w święta, "Noelkę"). I choć czasem czuję presję uczynienia tego czasu wyjątkowym, to tak naprawdę może być zwyczajnie. Przecież sam w sobie jest wyjątkowy, a codzienność jest piękna i na co dzień, i od święta.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam codziennego doświadczania bezwarunkowej miłości i dzielenia się tą miłością; nadziei i wiary; prostej radości i ufności; inspiracji i życia w pełni :)

Miejcie piękny czas!
Ściskam
Kasia L.

Akwarela inspirowana choinką znalezioną na Pinterest: https://pl.pinterest.com/pin/holiday-card-series-2019-day-16-easy-diy-tree--33073378500626371/


 

górski widok z drzewami, akwarela

Dużo piszę o tym, jak dbać o swoje potrzeby i umiejętnie stawiać granice, kochać i zauważać samego siebie na co dzień. Dlatego tym razem "odegnę się" w drugą stronę i będzie o rezygnowaniu z siebie. Często zastanawiam się, jak łączyć ze sobą te dwa - mogłoby się wydawać - przeciwległe bieguny, żeby nie popaść w skrajność i po prostu być dobrym, coraz lepszym człowiekiem. 

Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to uzmysłowić sobie, że to nie są dwa przeciwległe bieguny, ale dopełniające się postawy, których połączenie daje dopiero postawę otwartości, miłości i pogody ducha. I tu wracamy do tego, co zostało już nieraz powiedziane na tym blogu, aby kochać drugiego człowieka TAK SAMO jak samego siebie. Myślę, że w razie wątpliwości czy "przeginania" w którąś ze stron, warto do tego właśnie się odwoływać i traktować jako papierek lakmusowy prawidłowego, pełnego miłości postępowania.

Jak zwykle do rozmyślań o przekraczaniu siebie sprowokowało mnie przebywanie w górach (ostatnio efektem takich rozmyślań był wpis Górskie przemyślenia o cofaniu się w życiu). W tym roku przekonałam się, że chodzenie po górach nie jest dla mnie. To znaczy wiedziałam to już w pewien sposób wcześniej, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli - bo tak wiele osób kocha górskie wędrówki. Nie chciało mi się wierzyć, że ja nie. W tegoroczne wakacje zrozumiałam, jak bardzo lubię przebywać wśród gór i cieszyć się tym wyjątkowym klimatem, i jednocześnie, jak bardzo nie przepadam za wielogodzinną wspinaczką. 

Niemniej, wędrowanie po górach i tym samym przekraczanie w jakiś sposób siebie, daje mi zwykle sporo do myślenia. Tego sierpnia w Tatrach wróciła do mnie myśl, jak ważne w codziennym życiu jest rezygnowanie z siebie. Oprócz górskich wędrówek wyzwaniem była także organizacja tych wyjazdowych dni ze znajomymi. Wiecie, w grupie, w której każdy jest dorosły, ma swoje przekonania, swoje rytuały, swój pomysł na zwiedzanie, posiłki, godziny i sposób odpoczynku - nie zawsze jest łatwo się dogadać. Oczywiście spędziłam ten czas z super ludźmi, z którymi dużo przebywam też na co dzień i bardzo się lubimy, ale w czasie, w którym spędzamy ze sobą 24 godziny dziennie i mamy do ułożenia każdy dzień tak, by odpowiadał wszystkim, nie ma innej opcji, niż czasem z siebie zrezygnować.

Po co to robić? Żeby dać przestrzeń innym. Żeby ułożyć sobie w głowie, że inny pomysł niż mój też może być dobry. Żeby łatwiej żyło się razem. Żeby służyć. Nie zawsze wszystko da się podzielić po równo - dzisiaj po obiedzie zmywasz ty, jutro ja. Nie zawsze da się zrobić tak, żeby każdy mógł podjąć decyzję. Czasem warto się dostosować, zrezygnować z jakiejś swojej wizji. To nie jest łatwe i dla mnie zwykle wiąże się z nieprzyjemnym poczuciem pewnej nierówności. Ale w miłości nie chodzi o to, żeby wszystkiego wszystkim było po równo, to nie socjalizm. Gdy coś robię, nie liczę na to, że ktoś odpłaci się tym samym. To jest właśnie ryzyko kochania. Mało tego - jak często ja nie odpłacam się miłością na miłość!

Mam głębokie przeświadczenie, że jest ogromna wartość w "zapieraniu się siebie". Choć tak często chciałabym być bardziej zauważana, to z drugiej strony nie chcę, by wszystko kręciło się wokół mnie i nie chcę sama mieć wzroku utkwionego tylko w siebie i swoje potrzeby. Jasne, nie jest mi łatwo złapać balans, bo z drugiej strony mam problem z nadmierną troską o innych. Ale myślę sobie, że w tych górach złapałam pewną równowagę - tam, gdzie czułam się na siłach odpuścić, albo gdzie czułam, że chcę zrobić coś po swojemu, "bo tak", to odpuszczałam. Z kolei gdy czułam, że przekraczam swoje granice, odpuszczałam niektóre z zaplanowanych aktywności, żeby nie narzucać na siebie nadmiernej presji i zwyczajnie nie przemęczyć się. Zamiast jednego czy dwóch wyjść w góry wybrałam czas z samą sobą i spacery po okolicach. I to też było super. Nie ograniczałam w ten sposób ani innych, ani siebie.

Nie zawsze moje potrzeby muszą być spełnione w tej chwili - bo inni mają też jakieś swoje. Ale warto świadomie decydować, kiedy rezygnuję z siebie, a kiedy zdrowym jest poświęcić czas sobie. W przypadku, gdy odpuszczam po to, by kogoś innego mogło wyjść na wierzch, staram się mieć w pamięci też te moje potrzeby, żeby zaplanować na dogodniejszy moment zadbanie o siebie, i pomysły, bo być może kiedyś będzie jeszcze przestrzeń na ich realizację. A jeżeli tej przestrzeni nie będzie, to też jest OK - nie wszystko musi być moje.

Trudny ten temat, rozmyślam nad nim od wielu lat. Jak widzicie po tym wpisie, wnioski nie są jasne. Ale czy kiedyś będą? Kochanie - bo w moim przeświadczeniu to ma na celu zarówno rezygnacja z siebie, jak i troska o siebie samą - zawsze będzie pracą i nieustającym podejmowaniem decyzji. A to rzadko kiedy jest od razu klarowne i oczywiste. Ale warto. Jestem pewna.

Ściskam
Kasia L.

 aleja z jesiennymi liśćmi na drodze, akwarela

Jesień w pełni! Ponad rok temu, w ramach mojego pierwszego wpisu tutaj, pisałam o tym, jak trudno mi się do niej przekonać i jednocześnie zrobiłam subiektywną listę jej zalet. Dzisiaj jest mi jakoś łatwiej przyjmować to, co jest, a więc tegoroczny tekst jesienny będzie miał nieco inny wymiar. Jesień trwa, to fakt niepodważalny - w listopadzie widać to jeszcze wyraźniej. W związku z tym zadaję sobie pytanie, jak dbać o swój nastrój w czasie, gdy dni robią się coraz krótsze, a pogoda coraz bardziej deszczowa?

Całkiem niedawno słuchałam webinaru przygotowanego w ramach Tygodnia Zdrowia Psychicznego przez Centrum Zdrowia Psychicznego HarmonJa "Jesienne emocje" i właśnie to spotkanie zmotywowało mnie do przemyśleń. Psychoterapeutka Emilia Szydłowska zaproponowała parę ciekawych technik, które pomagają w utrzymaniu równowagi psychicznej i stabilnego nastroju - były to między innymi trening uważności, medytacja, sprawianie sobie drobnych przyjemności, odraczanie. Zwróciła także uwagę, jak ważna jest dla psychiki troska o zdrowy styl życia, przywołując akronim PLEASE, którego poszczególne litery oznaczają: leczenie choroby psychicznej (treat physical illness), zrównoważone odżywianie się (balanced eating), unikanie substancji zmieniających nastrój (avoid mood-altering substances), zrównoważony sen (balanced sleep) i ćwiczenia (exercise). Wiele z tego rodzaju metod utrzymywania dobrego nastroju i zdrowia psychicznego wprowadzam w życie i polecam (o treningu uważności planuję zrobić osobny wpis).

Zastanawiając się jednak, co mi pomaga utrzymać dobry nastrój jesienią, dochodzę do wniosku, że są to głównie dwie rzeczy: pełna akceptacja oraz korzystanie z zalet. Co to dla mnie oznacza w praktyce?

Pełna akceptacja. Jak napisałam powyżej, to że jesień przyszła i będzie przez najbliższe miesiące, jest po prostu faktem, nic z tym nie zrobimy, choćbyśmy chcieli (chyba że wyemigrujemy na ten czas do ciepłych krajów). Warto to najzwyczajniej w świecie zaakceptować, czyli przyjąć tę myśl i świadomie się z nią pogodzić. To już olbrzymi krok! Staram się, jak tylko mogę, brać życie takim, jakie jest - cieszyć się z jego radości i godzić z trudnościami, wiedząc, że i to przeminie. To pozwala mi w sposób bardziej zrównoważony podchodzić do emocji i nastroju. A więc pogodziłam się z tym, że jesień nadchodzi i na długie miesiące zapada wilgoć i ciemność - taka jest po prostu kolej rzeczy - i że w tym okresie mogę czuć się nieco gorzej, właśnie z powodu braku światła, często kiepskiej pogody i zwyczajnego przesilenia. A mając tę przewagę, jestem w stanie szybciej zaplanować kroki, które pomogą mi utrzymać nastrój na dobrym, stabilnym poziomie, w myśl zasady, że lepiej zapobiegać niż leczyć. To prowadzi nas do drugiej wskazówki, którą jest:

Korzystanie z zalet. O tym już na blogu trochę pisałam, zachęcam do przejrzenia listy 10 zalet, które rok temu w dostrzegłam w jesieni: Nadchodzi jesień i uczę się ją kochać. Myślę, że największym atutem tej pory roku są po pierwsze jej kolory - absolutnie wyjątkowe! - a po drugie uczucie przytulności, które można wokół niej wytworzyć. Ważnym jest dla mnie pilnowanie się, żeby moja melancholijna natura nie pogrążała się w jesiennej melancholii, ale bardziej czerpała z tego nastroju ciepła, przytulności i domowego ogniska. Zaduma potrafi się u mnie zamienić w nadmierne rozkminy i przygnębienie w mgnieniu oka, dbam więc o to, żeby najgłębsze rozmyślania zostawić sobie raczej na pogodniejsze dni, gdy bardziej panuję nad emocjami, a w te bardziej ponure karmić się lżejszymi, miłymi treściami. Lubię więc jesienią czytać luźne książki i oglądać familijne seriale lub wracać do lektur z dzieciństwa (aktualnie czytam ponownie serię "Ani z Zielonego Wzgórza", która zawsze wzbudza we mnie mnóstwo ciepłych uczuć). Staram się po prostu świadomie kierować swoimi zasobami - wiem, kiedy mogę pozwolić sobie na trudniejsze treści, a kiedy powinnam dać sobie więcej wytchnienia.

Na czym jeszcze polega korzystanie z zalet? Wykorzystuję kolory jesieni i ubieram się w nie, otaczam nimi, bo bardzo je lubię i do mnie pasują. Słucham klimatycznych piosenek, siedzę na fotelu i patrzę w świecące się okna bloków naprzeciwko, piję gorącą czekoladę i aromatyczne herbaty, korzystam z przypraw korzennych, otulam się kocem, robię potrawy z dynią, zgaduję się na przytulne spotkania z bliskimi, oglądam jesienne filmy i czytam książki, które dzieją się jesienią... Jest tego całkiem sporo. Staram się cieszyć drobnymi rzeczami, które są dostępne tylko o tej porze roku, albo właśnie wtedy są najbardziej atrakcyjne.

Patrząc z punktu widzenia biologii mózgu, w czasie, gdy stężenie serotoniny - czyli tzw. hormonu szczęścia, regulującego stany emocjonalne, koncentrację i pamięć - może być nieco obniżone z różnych względów, między innymi niedoborów naturalnego światła, warto zadbać o to, by dostarczać mózgowi jak najwięcej "powodów" do jej wytwarzania. Jednym z ważnych elementów w codziennej rutynie powinna być aktywność fizyczna, w różnych formach, bo to dzięki niej zyskujemy endorfiny, tak bardzo potrzebne w utrzymaniu dobrego nastroju, oraz spalany jest kortyzol, hormon stresu. Tyle z zaplecza teoretycznego ;) W praktyce u mnie wygląda to tak, że zwykle po całym dniu w pracy nie mam już chęci na sport, ale walczę z tym w następujący sposób: 1) dbam o ruch "przy okazji" - tzn. wybieram schody zamiast windy, spacer zamiast podjechania dwóch przystanków autobusem, dużo też ruszam się w pracy, na spotkania ze znajomymi proponuję spacery; jeżeli ma się daleko do pracy i spacery/dojazd rowerem nie są możliwe, można np. wysiąść parę przystanków wcześniej; 2) wybieram aktywność fizyczną, która naprawdę sprawia mi radość - spacery, rolki, nordic walking i rower. Wtedy trochę mniej muszę się zmuszać :) Daleko mi jeszcze do osoby aktywnej fizycznie, ale pracuję nad tym i widzę pozytywne efekty!

Staram się też dostarczać mojemu mózgowi jak najwięcej przyjemności. Chodzi oczywiście o przyjemności kreatywne, ciekawe, różnorodne, a nie o używki czy zajadanie (mam tendencję do poprawiania sobie nastroju przekąskami i słodyczami, dlatego szczególnie na to uważam). Jednego wieczoru będzie to u mnie kanapa i Netflix, innego drzemka, jeszcze innego spotkanie z bliskimi, kolejnego domowe spa, wypad na zakupy, długi spacer, prace manualne typu malowanie akwareli czy robienie obrazka z diamentów. Możliwości jest naprawdę wiele i dobieram je tak, aby odpowiadały moim aktualnym siłom oraz tak, aby nie było to lenistwo (bo łatwo wtedy popaść w marazm), ale wartościowy odpoczynek. Jasne, że każdego dnia ma się ochotę na maraton ulubionego serialu, ale czasem warto jednak urozmaicić czas wolny jakimś wyjściem czy resetem od ekranów. Dobrze sprawdza się też planowanie z wyprzedzeniem, bo po całym dniu obowiązków ma się tendencję do wybierania najłatwiejszych form wypoczynku. Gdy zaplanuje się np. wyjście do kina, teatru, do ZOO czy nawet do parku na dany dzień, to jest mniejsza szansa, że w zmęczeniu podejmie się te łatwiejsze decyzje.

No i last but not least - bądźmy dla samych siebie wyrozumiali. Jeżeli mamy trudny dzień, ukochajmy się z tym, zapytajmy siebie samych, dlaczego tak jest, co czujemy, czego potrzebujemy. Czasem zwolnijmy, nie wymagajmy od siebie 100% każdego dnia. To 100% każdego dnia może oznaczać co innego - raz będzie to 8 godzin pracy, zakupy, porządki, spotkanie i jeszcze pomoc komuś, a raz tylko koc i ciepła herbata. Wymagajmy od siebie, ale nie narzucajmy samym sobie niepotrzebnej presji. 

I od jesieni też nie wymagajmy, by każdego dnia zachwycała nas paletą barw i promieniami słońca. Czasem będzie po prostu szaro i deszczowo. I to też jest OK.

Jesieni, jesteś piękna! Taka, jaka jesteś. 

Ściskam ciepło
Kasia L.



morze o zachodzie słońca akwarela

Jak ten czas leci - chciałoby się rzucić frazesem. Ale naprawdę, z trudem zorientowałam się, że minął już rok, odkąd pod koniec sierpnia 2021 roku założyłam wczesnymrankiem i 5 września opublikowałam swój pierwszy wpis: Nadchodzi jesień i uczę się ją kochać - 10 zalet. Pamiętam, jak wahałam się, czy warto zaczynać, czy wykupywać domenę .pl i w jakiś sposób "inwestować" w nieznane. Oczywiście mogłabym to robić na "blogspot.com", ale miałam w sobie pragnienie, żeby tym razem wystartować jak najbardziej profesjonalnie. Pierwszy rok domeny kosztował grosze, więc zdecydowałam, że to będzie dla mnie taki rok testowy - jeżeli po jego upływie rozwinę swoją działalność albo po prostu będę dalej czerpała taką radość z tworzenia, będę dalej tę domenę wykupywać i uczyć się, jak działać w Internecie skuteczniej, to znaczy tak, aby moje teksty docierały do innych. Nad warsztatem pisarskim pracuję od lat, pozostało więc popracować nad stroną techniczną.

Po ponad roku stwierdzam, że założenie wczesnymrankiem było spełnieniem marzenia. Dalej uwielbiam tu pisać i ilustrować moje myśli prostymi akwarelkami. W mojej rodzinie to tata i siostra mają talent plastyczny i to oni zawsze byli "od sztuki". Nie miałam pojęcia, że hobbystycznie ja też mogę to w sobie odkryć :) Wiedziałam, że pisanie jest zdecydowanie moją dziedziną, ale malowanie? To moja siostra zachęciła mnie do akwareli, gdy powiedziałam jej, że chciałabym spróbować, i to ona dała mi mnóstwo praktycznych porad i zaopatrzyła w większość narzędzi.

Blog jest moim miejscem do wyżycia się artystycznie, pokazania swojej wrażliwości, to też trochę mój pamiętnik i - co nie mniej ważne - przestrzeń spotkania z Wami i Waszymi światami. Zakładałam go dla siebie i z myślą o sobie, ale w głębi serca miałam pragnienie, żeby był czytany. Każdy twórca chce mieć swoich odbiorców :) Już nie boję się nazywać siebie twórcą, pisarką, blogerką. To piękne uzupełnienie mojego codziennego życia i droga do rozwijania swoich talentów, za które jestem wdzięczna.

Przez ten rok prowadzenia wczesnymrankiem wiele się nauczyłam. 

Przede wszystkim doświadczyłam mnóstwa wsparcia ze strony moich zawsze wiernych fanów: męża, rodziny i przyjaciół. 

Dostałam tyle wyrazów sympatii i przemiłych, osobistych komentarzy, ile się naprawdę nie spodziewałam. 

Znalazłam przestrzeń, w której mogę rozwijać te ze swoich talentów, które na jakiś czas porzuciłam, a które są dla mnie naprawdę ważne. 

Zabrnęłam w niezbadane dotąd przeze mnie zakątki Internetu, szukając wśród wielu trudnych do zrozumienia dla mnie pojęć z zakresu SEO dróg do tego, by mój blog był jak najbardziej otwarty, wyszukiwalny, dostępny.

Czego ciągle się uczę? Odpowiedź może być tylko jedna: systematyczności i konsekwencji! ;)

ozdobna linia roślinna, akwarela

Każdy zamieszczany tutaj tekst pojawia się, ponieważ jest dla mnie ważny, mówi o tym, czym aktualnie żyję, czym się interesuję, co sądzę, że warto nagłośnić, na co zwrócić uwagę. Każdy z nich w sposób mniej lub bardziej oczywisty pokazuje codzienność i stara się zachęcić do jak najpełniejszego jej przeżywania, do cieszenia się zwyczajnością. Ale skoro już wzięło mnie na wspominki, przytoczę kilka moich wpisów, które są dla mnie szczególnie ważne, może najbardziej osobiste, i do których nadrobienia zachęcam, jeżeli nie mieliście okazji przeczytać ich wcześniej. Do takich tekstów należą na pewno:

  • Mój własny ogród
  • Na Wielki Piątek
  • Chciałabym być obojętna
  • Jak przewlekły stres wpływa na codzienność?
  • Najlepsze, co może przytrafić się zawodowo to zawiedzione marzenie
  • Będzie lepiej
  • Jestem introwertykiem i dobrze mi z tym (już)
  • Kilka słów o miłości z okazji rocznicy

ozdobna linia roślinna, akwarela

Dziękuję, że jesteście ze mną, że doceniacie to moje pisanie, chcecie je czytać. Niesamowicie cieszy mnie porozumienie, jakie wytwarza się między nami, gdy każdy z nas odsłoni kawałek siebie - ja w tekstach na blogu, Wy w komentarzach i prywatnych rozmowach. Czego chcieć więcej! Dziękuję też za towarzyszenie mi na Instagramie @wczesnymrankiem, gdzie dzielę się moją najzwyklejszą codziennością.

Wdzięczna za cały miniony rok blogowania, działam dalej! Kto wie, dokąd mnie ta ścieżka zaprowadzi :)

Jeżeli macie jakieś uwagi, pomysły na wpisy czy też luźne myśli - zachęcam do podzielenia się w komentarzu. To doda mi motywacji i pomoże się rozwijać.

Ściskam
Kasia L.

słonecznik akwarela

Biegłam kiedyś na autobus, jak zwykle spiesząc się do pracy. Nawet nie zauważyłam, kiedy potknęłam się o własne nogi i już szorowałam kolanami po betonie. A wraz z kolanami - ręką, w której trzymałam telefon. Gdy już się otrząsnęłam i opanowałam płynącą krew pomieszaną z brudem kostki brukowej, zestresowana odwróciłam telefon, by zobaczyć, w jakim stanie jest jego ekran. Okazało się, że jest nie tylko mocno popękany (a miałam go od dość niedawna), ale też tak upadłam, że kompletnie przeszorowałam go w jednym z rogów i w efekcie kruszył się, odsłaniając swoje podzespoły. 

Widząc, że jest kiepsko, podświetliłam ekran, żeby dokładniej ocenić straty. Ukazała mi się tapeta, którą miałam na ekranie blokady, a na niej duży napis wśród kolorowych kwiatów: "Rejoice always" - czyli jeden z moich ulubionych fragmentów z Pisma Świętego. Do dziś mam w głowie ten groteskowy obraz całkowicie połamanego ekranu i przezierającego spod szkła przypomnienia: "Zawsze się radujcie". No właśnie. ZAWSZE się radujcie. 

W moim odczuciu nie chodzi tu o jakąś wesołkowatość czy o to, żeby uśmiechać się, gdy dzieje nam się coś złego, z czym sobie nie radzimy - mamy prawo wtedy płakać, czuć smutek, złość, rozczarowanie czy inne trudne emocje. Chodzi o postawę serca, które jest wdzięczne, o pogodę ducha pomagającą w trudnościach, o otwartość i zgodę na to, co jest. W dalszej części tego fragmentu z Listu do Tesaloniczan św. Paweł pisze między innymi: "W każdym położeniu dziękujcie" i "ducha nie gaście". Lubię przypominać sobie o tym, gdy zwyczajnie siada mi nastrój. Wraca wtedy do mnie poczucie, że ode mnie też wiele zależy i że nie mam wpływu na zdarzenia losowe, ale mam wpływ na moje podejście do nich i nastawienie.

Jednym z moich życiowych starań jest bycie pogodnym człowiekiem. Widzę w tym dużą wartość, przede wszystkim dla siebie, ale też dla osób z mojego otoczenia. Bardzo lubię dni, w których w najzwyklejszych miejscach na świecie spotykam ludzi oddanych swojej pracy, wykonywanym zajęciom w 100%, z radością, z poczuciem misji - z poczuciem, że robią coś dobrego. Pan z pobliskiego warzywniaka, który widząc mnie, od razu z uśmiechem na ustach pakował mi bułki, zanim jeszcze o nie poprosiłam - bo pamiętał, że często po nie przychodzę - potrafił mi poprawić humor na cały dzień. Ja też chciałabym być taką osobą dla innych. Żyć swoją codziennością tak, aby ona dodawała innym otuchy. I żebym ja sama odnajdywała głęboki sens w tej mojej codzienności.

Jest taki gość w mediach spolecznościowych, Pozytywny Kurier. Nie wiem, czym zajmuje się teraz i jakie treści obecnie proponuje, bo nie śledzę go od jakiegoś czasu, ale kiedyś uwielbiałam oglądać jego filmiki na TikToku. Chłopak, jak sama nazwa jego profilu wskazuje, był po prostu kurierem i rozwoził paczki - umówmy się, nie jest to praca ratująca ludzkie życie (choć bywa, że przyjazd kuriera w porę wiele ratuje ;)), ale on potrafił w tej pracy zobaczyć coś więcej. Dzwonił do ludzi i zapowiadał swój przyjazd albo jakimś fajnym żartem, albo zabawną rozmową, z pełnym uśmiechem i genialnym nastawieniem. Ludzie po drugiej stronie słuchawki cieszyli się nie tylko tym, że przyjdzie do nich paczka, ale też - może przede wszystkim - tą rozmową pełną optymizmu i radości. Gość po prostu poprawiał im humor, pewnie na cały dzień. A robił przecież tak prostą rzecz. Obserwowanie w mediach społecznościowych jego poczynań, z których biło pozytywne, wdzięczne nastawienie, i mnie nastrajało podobnie. Zaczął prosto, od swojego własnego otoczenia, od "własnego ogródka" (tu odsyłam do mojego wpisu Mój własny ogród, który porusza podobne tematy), a obecnie poprawia humor tysiącom obserwujących go. Radość serca przyciąga. 

Nie trzeba robić rzeczy wielkich, żeby móc robić rzeczy dobre. Od mojej pracy nie zależy niczyje życie, a jednak chciałabym, żeby moja wdzięczność za życie, za dany dzień, za moją pracę, miała odzwierciedlenie w tym, co robię. Nawet, jeżeli bez tych moich działań świat dalej by się kręcił. Gdy się raduję, kogoś dzień może być lepszy. Mój może być lepszy. Łatwiej będzie mi też przyjąć trudności. Jestem żoną, współprowadzę dom, pracuję - to wystarczająco wiele odpowiedzialnych sfer, do których mogę wprowadzać ciepło, dobro i prostą radość.

"Zawsze się radujcie" - niełatwe, ale skoro ktoś mądry tak napisał, to chyba jest to do zrobienia?

Ściskam
Kasia L.


okno z widokiem na miasto nocą, roślina na parapecie, akwarela

Idę sobie miastem, w sobotni wieczór, i wcale nie dlatego, żeby wybrać się na jakąś imprezę, po prostu chcę rozruszać kości po dniu spędzonym w sposób dosyć siedzący. Zaraz czekają mnie jeszcze zakupy, ale zanim to, przechadzam się między blokami, moją dzielnicą, patrzę sobie na blok, wzdłuż którego przechodzę, zaglądam w okna (czyli poddaję się mojej ulubionej rozrywce na spacerach). Bardzo lubię gapić się ludziom w okna, ponieważ ciekawi mnie, jak wygląda ich życie, ich codzienność, co robią w sobotni wieczór, na przykład. 

Widzę, że u jednych leci telewizja i dopowiadam sobie w głowie, tworzę historię, że ktoś zmęczony właśnie wrócił po pracy, chce się zrelaksować, pewnie je sobie coś dobrego przed tym telewizorem, siedzi na kanapie... Może przychodzi jego rodzina, spędzają razem w ten sposób czas. Patrzę w inne okno, pranie schnie, słyszę odkurzacz - ktoś sprząta. No tak, sobota, 18:30, można jeszcze posprzątać. I tak idę, zaglądając nieśmiało w okna. Ale nie czuję, że naruszam czyjąś prywatność, bo ktoś pokazuje mi przez te okna tylko tyle, ile chce mi pokazać. Jedni mają je kompletnie odkryte, drudzy w pełni zasłonięte - każdy pokazuje tyle, ile chce. W mieście. 

No i myślę sobie o tym, idąc, że często marzę o życiu na wsi czy o życiu bliżej natury, a że tak naprawdę życie w środku miasta też ma swoje ogromne uroki. I jednym z tych uroków jest właśnie to, jak ono żyje, niezależnie od pory. A także ten kontrast, kiedy jest święto i miasto jest zupełnie wymarłe, wszyscy są w domach, ograniczony jest ruch uliczny, ten pęd miasta zamiera na chwilę. Piękne są te kontrasty. Piękne jest to, że mogę spacerować tym miastem i mieć wszędzie blisko; że mogę żyć pośród innych ludzi. A natura? Też ją znajduję. Mam to szczęście mieszkać w Gdańsku - jestem znad morza, więc spotykam naturę, żywioł, właśnie tam. Spotykam naturę w parkach, mniej zaludnionych uliczkach. A wieś jest miłą odmianą na wakacje czy inne wyjazdy. 

Wszystko ma swoje plusy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Czas docenić to, co mamy, tak sobie myślę. Ten wpis powstaje w dziwny sposób, bo to jest pierwszy wpis tutaj, który jest właściwie mówiony. Idę i nagrywam dyktafonem treść, którą później będę przepisywać w domu i obrabiać tak, żeby była bardziej pisana (incepcja: właśnie to robię). Ciekawe, jak ta metoda będzie się sprawdzać. Bo wiecie, mam tak, że czasem brakuje mi mojego komputera, gdy idę. Wtedy mam dużo rozmyślań, których nie mam jak przelać na "papier". No i może taka forma od czasu do czasu byłaby rozwiązaniem. Może nawet z tego powstanie jakaś seria? 

Dajcie znać, co sądzicie o tym lekko nietypowym wpisie. I czy wolelibyście mieszkać w mieście, czy na wsi. A ja idę dalej cieszyć się moim miastem i moją dzielnicą, której znam każdy kąt, przez co jest trochę jak na wsi. Tak jak jest, jest dobrze :) Nawet bardzo.

Ściskam
Kasia L.

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O MNIE


Kasia Lewandowska

Polonistka pracująca jako bibliotekarz
i redaktor, spełniająca się też w roli pisarki.
Szczęśliwa żona i mama, ucząca się kochać życie i wypełniać sensem każdy dzień.

Więcej o mnie: Szerzej o mnie i blogu

A na co dzień udzielam się tu: instagram.com/wczesnymrankiem

Zapraszam!


(fot. Justyna Szyszka / bezflesza)

LUBIANE WPISY

  • Wspieraj się jesienią
  • (Ty)dzień cudów
  • Podsumowanie 2025 i plany na 2026
  • Bardzo osobiście o początkach macierzyństwa
  • Najlepsze, co może przytrafić się zawodowo to zawiedzione marzenie

INSTAGRAM

instagram @wczesnymrankiem

ARCHIWUM

  • ▼  2026 (2)
    • ▼  września (1)
      • (Ty)dzień cudów
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2025 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  marca (1)
  • ►  2023 (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2022 (34)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (4)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (6)
    • ►  lutego (3)
  • ►  2021 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (2)

NAPISZ DO MNIE

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Miło mi!
Dzięki, że jesteś i czytasz :)

Copyright © wczesnym rankiem - codzienność młodej mamy, polonistki i bibliotekarki. Designed & Developed by OddThemes